Tekst jest polemiką profesora Jerzego Przystawy z argumentacją zwolennika tak zwanej ordynacji mieszanej (niemieckiej). Warto zapoznać się z najważniejszymi zarzutami wobec takiego “złotego” środka. Profesor Przystawa opublikował ten tekst na łamach dziennika Polska The Times w 2009 roku. 

 

Courtesy of zmieleni.pl

(..)Chodzi po Polsce Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), postulujący wprowadzenie w naszym kraju brytyjskiego systemu “pierwszy na mecie”. Dlaczego?

Dlatego, że jest to nie tylko najprostszy, najbardziej przejrzysty i naturalny system wyborczy, ale także taki, który jest skuteczny i sprawdzony w ponad dwustuletniej praktyce krajów demokratycznych, takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada i inne.

System ten sprowadza się do kilku prostych zasad:

(1) Okręgi są jednomandatowe, a więc z danego okręgu wybiera się tylko jednego posła.

(2) Kandydować może każdy, kto się czuje na siłach i uzyska poparcie 10-15 wyborców z tego okręgu.

(3) Mandat uzyskuje ten, kogo poprze najwięcej wyborców z okręgu.

(4) Wybory odbywają się w jednej turze, a więc jak w zawodach sportowych bez kwalifikacji i baraży: mandat dostaje pierwszy na mecie, choćby rywali wyprzedził tylko jednym głosem.

Naturalnie, to są tylko główne elementy. Amerykanie, Anglicy i inni dodają do tego wymóg wpłacenia przez każdego kandydata kaucji, np. 1000 dol., która przepada, jeśli kandydat nie zdobędzie poparcia większego niż trzy proc. lub pięć proc. To bardzo dobra zasada i warta zastosowania w Polsce. Innym elementem jest zasada losowania, jeśli znajdzie się dwóch kandydatów, którzy uzyskali identyczne poparcie. Wtedy nie przeprowadza się dodatkowych wyborów, tylko po prostu losuje!

Przy takich wyborach rząd powstaje z reguły na drugi dzień po podliczeniu głosów, nie są bowiem potrzebne targi koalicyjne, które w Polsce, i innych krajach, w których głosuje się na listy partyjne, trwają miesiącami, a nawet latami. Kraj uzyskuje stabilny rząd, który z reguły sprawuje władzę przez całą kadencję.

Za propozycją JOW systematycznie opowiadają się obywatele RP w kolejnych sondażach opinii publicznej, a Platforma Obywatelska już prawie cztery lata temu złożyła w Sejmie wniosek o referendum w tej sprawie, poparty ponad siedmiuset tysiącami podpisów. Odbywają się konferencje, happeningi i manifestacje uliczne – takie manifestacje zapowiedziane są na 23 maja w Warszawie, 16 maja w Wałbrzychu, na 19 maja zapowiedziana jest debata w siedzibie Rzecznika Praw Obywatelskich.

19 marca 2009 roku w Rudzie Śląskiej za postulatem jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) opowiedziało się zdecydowanie XXX Zgromadzenie Ogólne Związku Miast Polskich. Wszystko to zdaje się wskazywać, że taka reforma prawa wyborczego jest nieunikniona i że prędzej czy później dzień wyborów parlamentarnych w Polsce przestanie mieć charakter świąteczno-rytualny, a stanie się tym, czym być powinien , a więc tym co Karl Popper w swoich tekstach o demokracji nazwał dniem sądu nad klasą polityczną i sposobem sprawowania przez nią władzy. 

To, że wybory JOW oznaczają dzień sądu nie podlega wątpliwości. Dowiodły tego dwukrotnie już przeprowadzone wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. W roku 2002 wszystkie partie polityczne razem wzięły tylko dwadzieścia pięć proc. mandatów, a w roku 2006 już tylko osiemnaście proc.! Obywatele, jak Polska długa i szeroka, gdy tylko dostali możliwość pokazania, co sądzą o obecnych partiach politycznych, wypowiedzieli się w sposób niepozostawiający wątpliwości. W tej sytuacji przed partiami politycznymi stoi dylemat: jak zrobić ukłon w stronę społeczeństwa – pokazać, że się z jego oczekiwaniami liczy, a jednocześnie uciec spod gilotyny i zachować beneficja i przywileje władzy? Trwają więc nieustające poszukiwania systemu wyborczego, który robiłby wrażenie zasadniczej zmiany, a w którym wszystko pozostałoby na swoim miejscu.

W sukurs partyjnym reformatorom przychodzi uczony politolog, socjolog dr Jarosław Flis i wzywa:

 

“Skopiujmy system wyborczy zza Odry. Najlepiej tak, jak to już kilka lat temu zaproponował Ludwik Dorn: podzielmy miejsca w Sejmie na dwie nierówne połowy – mniejszą połowę dla wybranych w jednomandatowych okręgach, a większą, już poza kontrolą obywateli, według uznania partyjnych szefów”. 

 

Dr Flis nie wchodzi w szczegóły, ale może warto dopowiedzieć, że nowelizacja Dorna polegała na tym, że w przeciwieństwie do systemu niemieckiego te “połowy” mogły być większe i mniejsze oraz na tym, że można by wygrać wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), a dostać figę z makiem. Szkoda też, że uczony specjalista nie próbuje dokonać analizy, jak takie “kopie” sprawdziły się w krajach nam bliskich: na Ukrainie, na Węgrzech, w Czechach, na Litwie, Łotwie, a także w Rosji, a ostatnio w Rumunii?