Dzisiaj powiem, że wtedy tak mocno przeżyłem to wyganianie mnie stamtąd, że byłem bliski decyzji, aby spłonąć na dziedzińcu warmińskiego Zamku. Ale udało się to jakoś wybić sobie z głowy. A może to nie tylko przypadek, w obu kwestiach, ale rzeczywiste zrządzenie losu?

IMG_0980p (1)

Oranżeria Kultury w Lidzbarku Warmińskim. Freski po renowacji. /Photo: Archives

Rozpoczynając pracę w zamku wyszedłem z założenia, że nie powinien on stanowić jakiejś, oddzielonej od społeczeństwa wyspy, zajmującej się tylko udostępnianiem swojego piękna i piękna ekspozycji dzieł sztuki dla turystów. Uważałem, że powinien to być żywy ośrodek życia społeczno-kulturalnego dla wszystkich obywateli tego miasta, a zwłaszcza dla inteligencji. Nawiązałem więc bezpośredni kontakt z tą inteligencją i zaprosiłem ją do codziennej, żywej współpracy, najpierw poprzez zorganizowanie kursów dla przewodników turystycznych w ramach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, a później do udziału w organizowanych tu koncertach symfonicznych, spotkaniach z pisarzami i poetami, filmowcami i ludźmi teatru. W tym zakresie współpracowałem z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Pojezierze”. Później, podczas wyborów, zostałem powołany na członka zarządu głównego tego stowarzyszenia.

Jednym słowem, oprócz prowadzenia działalności typowo muzealnej, zamek tętnił życiem, co zresztą było skrupulatnie odnotowywane przez media nie tylko olsztyńskie ale i centralne. Niestety, ten rozgłos nie odpowiadał niektórym przedstawicielom władz wojewódzkich i stopniowo zaczęły pojawiać się zarzuty o rzekome „reklamiarstwo”. Zaczęto też wpływać na moich bezpośrednich przełożonych, aby ci zaczęli ograniczać tę działalność w imię troski o zabytek. Widząc co się dzieje, wspólnie z grupą zintegrowanych ze mną, młodych inteligentów lidzbarskich i przy współdziałaniu z lokalnymi władzami, które ciągle mnie popierały, podjąłem inicjatywę, mającą na celu rewitalizację i zagospodarowanie, na cele działalności kulturalnej, tzw. podzamcza. I znowu trzeba było zacząć od zwyczajnego, gruntownego sprzątania zabytkowej baszty, jej odgruzowywania, odzyskiwania lokali z nią sąsiadujących, poprzez przenoszenie lokatorów do nowych mieszkań, udostępnianych im przez władze miejskie, a następnie podjęcie żmudnych prac projektowych i uzgodnieniowych, celem przeprowadzenia stosownych adaptacji i remontów.

 

“Zamek tętnił życiem, co było skrupulatnie odnotowywane przez media nie tylko olsztyńskie ale i centralne. Niestety, ten rozgłos nie odpowiadał niektórym przedstawicielom władz wojewódzkich i stopniowo zaczęły pojawiać się zarzuty o rzekome „reklamiarstwo”.”

 

W ten sposób, w ciągu niezbyt długiego czasu, doprowadziłem do powstania samodzielnej siedziby SSK „Pojezierze” oraz pięknej kawiarni, z oryginalnym, zabytkowym kominkiem i zapleczem do prowadzenia działalności kulturalnej. Działo się to dużym nakładem mojego czasu i bezpośrednim angażowaniem się w wykonywanie niezbędnych prac fizycznych o szerokim zakresie. Podczas pełnienia funkcji kierownika zamku nie zaniechałem także okazji do tego, aby włączyć również młodzież licealną do dzieła dbania o zabytki ziemi lidzbarskiej.

We współpracy z nauczycielami miejscowego liceum ogólnokształcącego, powołaliśmy drużynę społecznych opiekunów zabytków. Drużyna ta zaznajomiła się z historią Warmii, jej zabytkami, a szczególnie historią zabytków Lidzbarka Warmińskiego, a także brała udział w różnych pracach społecznych, związanych z porządkowaniem otoczenia tych zabytków i w akcji informacyjnej powiązanej z upowszechnianiem wiedzy historycznej o polskich tradycjach Warmii w środowisku młodzieżowym. Rzecz jasna, nie mogłem też zaniedbać prac związanych z pisaniem pracy doktorskiej. W tym celu organizowałem, często rowerem, dalekie wyjazdy na teren Warmii i wyposażony w aparat fotograficzny, dokumentowałem odnalezione obiekty malarstwa XVIII-wiecznego, tak ściennego, jak i sztalugowego. Najczęściej, znajdowały się one w licznych kościołach i kaplicach parafialnych. W ten sposób przyczyniłem się do ich pełnej inwentaryzacji. Następnym etapem były kwerendy archiwalne i studiowanie literatury naukowej oraz stopniowe szkicowanie dysertacji z uwzględnieniem wniosków, jakie sugerował mój promotor, z którym kontaktowałem się co kilka miesięcy. W ten sposób mój czas był wypełniony od rana do późnych godzin wieczornych.

 

Jakie prace musiał Pan wykonywać jako kierownik zamku?

 

Trzeba podkreślić, że moje obowiązki objąłem dwa lata po słynnej kradzieży, jaka miała miejsce w zamku. Chodzi o cenne obiekty sztuki złotniczej, jakie tu były wystawiane przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Cała sprawa była bardzo głośna nie tylko w kraju, ale i za granicą.

“W sierpniu 1965 r. dokonano włamania i kradzieży w zamku warmińskim. Do dnia dzisiejszego uważa się, że pod względem wartości skradzionych dzieł sztuki była to największa muzealna kradzież w Polsce.”

W 1965 r. muzeum w Lidzbarku dopiero zaczynało swoją powojenną działalność. Z okazji 600-lecia Lidzbarka Warmińskiego przygotowano jubileuszową wystawę. Jej trzon stanowiły wypożyczone z Muzeum Narodowego w Warszawie arcydzieła sakralnej sztuki złotniczej z XV i XVI w. Wystawę urządzono w najbardziej reprezentacyjnej sali zamku – Wielkim Refektarzu.