Za uprzejmą zgodą autorów publikujemy dziś pierwszy fragment książki, wywiadu – rzeki z dr Edwardem Kotowskim. Książka ukazała się w tym roku w Polsce. 

 

info photo

Dr Edward Kotowski w czasie audiencji Jana Pawła II z korpusem dyplomatycznym

Trafił Pan do pracy w Służbie Bezpieczeństwa, bo w wyniku „afery freskowej” w Lidzbarku Warmińskim otrzymał Pan zakaz zatrudnienia na terenie całego województwa. Czy może Pan przybliżyć okoliczności tej „afery”, która zaważyła na dalszym Pana życiu?

Tak! W 1969 r., w zasadzie na skutek szczególnego zbiegu okoliczności, stałem się autorem głośnego odkrycia XVIII-wiecznych malowideł ściennych w oranżerii biskupa warmińskiego i znanego polskiego poety – Ignacego Krasickiego w Lidzbarku Warmińskim. Jak później ustaliłem, freski zostały namalowane najpewniej przez Szymona Mańkowskiego, nadwornego malarza ostatniego króla polskiego – Stanisława Augusta Poniatowskiego, z którym biskup warmiński był niezwykle blisko zaprzyjaźniony. Sprawa tego odkrycia została szczegółowo opisana w artykułach red. Ewy Nowakowskiej i Andrzeja Brychta – znanego pisarza, które zamieścił tygodnik „Kierunki”, a także w szeregu innych pism i gazet.

Sprawa ta była też szeroko relacjonowana w TVP. Z różnym nasileniem artykuły te ukazywały się na przestrzeni lat 1969-1971. Niestety, pech chciał, że to odkrycie, w sensie negatywnym zaważyło też na moich dalszych losach, bowiem, niejako przy okazji, wykonane odkrywki, w sytuacji remontu, jaki miał być rozpoczęty na drugi dzień, wykazały, że malowidła te były w ogromnej partii zniszczone przy okazji ostatniego remontu z lat 1962-1963, na skutek zaniedbań Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie. Następnie, aby ukryć ten fakt, z jego polecenia, zostały przykryte warstwą tynku, który nie trzymał się zbyt mocno podłoża i po upływie sześciu lat odpadał płatami, tak jakby chciał ujawnić te zniszczenia. Jak się okazało tym konserwatorem wtedy był ten sam człowiek, który, tę funkcję pełnił i w dniu zdemaskowania tegoż faktu. (…)

“Musiałem odejść z zajmowanego stanowiska w poczuciu prześladowania, szykan oraz gróźb, że nie dostanę żadnej pracy na terenie województwa olsztyńskiego, a tym bardziej na terenie Lidzbarka Warmińskiego. I rzeczywiście otrzymałem rodzaj „wilczego biletu”

 

Ponieważ prasa wskazywała na te zniszczenia, a ja pośrednio ujawniłem ten fakt, więc stałem się obiektem jego działań mających na celu usunięcie mnie z zajmowanego stanowiska. W tym celu zaangażował moich przełożonych z olsztyńskiego muzeum, Wydział Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej, władze partyjne wojewódzkiego i powiatowego szczebla oraz Ministerstwo Kultury i Sztuki.

W rezultacie, mimo, że broniły mnie gremialnie środki masowego przekazu, a także mimo zaangażowania po mojej stronie

Ujecie na fotografii dotyczy fragmentu malowidla sciennego odslonietego przez Dr Edwarda Kotowskiego w lutym 1969 r. /Photo: Archives

Ujęcie na fotografii dotyczy fragmentu malowidła ściennego odsłoniętęgo przez Dr Edwarda Kotowskiego w lutym 1969 r. /Photo: Archives

prof. dr. Stanisława Lorentza, dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie i innych znanych osób (pisarz Jerzy Piechowski z Warszawy, historyk sztuki Juliusz Ross z Krakowa) musiałem odejść z zajmowanego stanowiska w poczuciu prześladowania, szykan oraz gróźb, że nie dostanę żadnej pracy na terenie województwa olsztyńskiego, a tym bardziej na terenie Lidzbarka Warmińskiego. I rzeczywiście otrzymałem rodzaj „wilczego biletu”, bo gdziekolwiek pytałem o możliwość zatrudnienia, to dawano mi do zrozumienia, że jest to niemożliwe z uwagi na konflikt z władzami. Szczególnie aktywnie zaangażował się w zwalczanie mojej osoby Wydział Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, na czele z sekretarzem Michałem Atłasem i Komitetu Powiatowego PZPR w Lidzbarku Warmińskim z sekretarzem propagandy Czesławem Kisłym. Doszło do tego, gdy już wyczerpałem starania o zatrudnienie mnie w charakterze nauczyciela, pracownika kulturalno-oświatowego czy w ogóle pracownika umysłowego i zwróciłem się do mojego przyjaciela – Bolesława Gizy, dyrektora przedsiębiorstwa budowlanego, aby mnie zatrudnił w charakterze robotnika, to wprost powiedział, że sekretarz Kisły mu tego zabronił pod groźbą zwolnienia jego samego, gdy mi pójdzie na rękę. Oznaczało to, że władze olsztyńskie podjęły decyzję o pozbyciu się mnie z ich terenu.

 

Jak Pan obecnie, z perspektywy czasu, ocenia problem swojego zaangażowania w sprawę ratowania fresków lidzbarskich?

 

Odpowiem jak najkrócej. Czasem spotykam na swojej drodze mądrych i dobrych ludzi, którzy mają szerszą perspektywę widzenia spraw ludzkich. To wielka satysfakcja, że po 44 latach od odkrycia (nie utożsamiać tylko tego z odsłonięciem) fresków w oranżerii bpa Ignacego Krasickiego, a po 42 latach od wygnania mnie stamtąd, zostałem przywrócony temu pięknemu miastu.