Rzekome jednomandatowe okręgi w Senacie stały się ostatnio sztandarem politycznym. Prawdę o nich obnażył założyciel i animator Ruchu na rzecz JOW profesor Jerzy Przystawa. Tekst archiwalny: 31 lipca 2011 r. 

 

logo-JOWJOW do Senatu to mit i nic więcej

Wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Senatu wywołało pewne zamieszanie w szeregach polskich fachowców od nauk politycznych, albowiem jest to rozwiązanie dokładnie niezgodne z obowiązującą od ponad pół wieku na polskich uczelniach wykładnią, czym jest demokracja i jakie wybory mają prawo uchodzić za demokratyczne, a jakie za ich przeciwieństwo.

Na dodatek wariant JOW, wprowadzony Kodeksem Wyborczym, nie jest nawet taki, jaki obowiązuje we Francji – a więc wybory w dwóch turach, z wymogiem większości bezwzględnej w I turze – ale najbardziej prymitywny i obskurancki, jaki od ponad 200 lat funkcjonuje w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie. Kłopot, naturalnie, jest taki, że kiedy za starego reżimu pisano w podręcznikach akademickich, że wybory w UK są antydemokratyczne, to wszystko było po linii i na bazie, bo wtedy, w kraju demokracji ludowej, taki trynd w politologii polskiej bezwzględnie obowiązywał. Dzisiaj jednak coś się zmieniło i USA, Kanada czy choćby Wielka Brytania to nasi najwięksi i oddani sojusznicy, tam spadają bez przerwy setki tysięcy młodych Polaków w poszukiwaniu godziwego zarobku i pracy. Na dodatek, w referendum 5 maja 2011, obywatele Zjednoczonego Królestwa, stosunkiem głosów 7 : 3, potwierdzili, że oni nadal chcą w takiej właśnie antydemokracjipracować i żyć. Kiedy więc wybitny warszawski politolog i telewizyjny ekspert, dr Rafał Chwedoruk, mówi nam, że system wyborczy oparty na JOW jest skrajnie niereprezentatywny i wręcz antydemokratyczny (zob. “Angora” z 31 lipca 2011) to mamy wrażenie jakby polska nauka politologiczna zatrzymała się gdzieś na latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Dlatego z uznaniem dla ich politologicznych sukcesów edukacyjnych trzeba przyjąć fakt, że np. taki były reprezentant byłej klasy robotniczej, jak Władysław Frasyniuk głosi nadal, żetylko niekompetentni ludzie mogą uważać, że JOW wzmocnią polską demokrację (tamże). Piszę nadal, bo jeszcze przed wielu laty, kiedy JOW do Senatu nikomu się nie śniły, Frasyniuk publicznie wyznawał pogląd, że za popieranie JOW należałoby wsadzać na 10 lat więzienia! W sukurs tym kompetentnym znawcom idzie politologiczny ekspert z Zielonej Góry, dr Ryszard Kessler, głosząc, iż w JOW do Senatu szanse będą mieli tylko ludzie naprawdę bogaci i tu od razu podaje koronny przykład senatora Henryka Stokłosy, bez którego polska politologia obejść się w żaden sposób nie jest w stanie. To samo pisze i Chwedoruk w przyszłym Senacie znajdzie się wielu celebrytów lub bogatych biznesmenów, którzy nie tylko będą mieli pieniądze, ale stworzą klientelistyczną sieć uzależnionych od siebie ludzi itd., itp.

Chwała Bogu, nasi prawodawcy, wśród których politolog na politologu i politologiem pogania, ostrzeżeni zawczasu tymi poważnymi głosami rozsądku i troski obywatelskiej, zrobili wszystko, co jest możliwe, żeby ten czarny scenariusz nie mógł być zrealizowany. Przede wszystkim ograniczyli z góry ilość pieniędzy, które jakiś bogacz, aspirujący do stanowiska senatora RP mógłby wydać na kampanię wyborczą: ta kwota, zgodnie z art. 259 KW nie może przekroczyć 18 groszy na jednego wyborcę w okręgu! Zważywszy, że w okręgu, średnio, będziemy mieli 300 tysięcy wyborców, ogranicza to możliwości kupowania głosów przez bogaczy do 300 000 razy 18 groszy, czyli do góra 54 tysięcy PNL! Gdyby chciał wynająć salę na spotkania, to musi za nią zapłacić w ramach tego limitu, nie można mu też nieodpłatnie użyczyć żadnego sprzętu ani żadnych usług. A to nie muszą być wydatki bagatelne: Ruch JOW, organizujący 6 października 2011 “Marsz o JOW” w Warszawie, zmuszony jest zapłacić za wynajęcie, na kilka godzin, stołecznej sali kwotę ok. 2,5 tysiąca złotych! Jak więc widzimy, bogacze mogą sobie swoją forsę dusić w przepastnych portfelach: w kampanii wyborczej wielkiego użytku z niej nie zrobią!

Bystrze tę sytuację analizuje nasz samorodny ekspert polityczny, Władysław Frasyniuk:Trybunał Konstytucyjny sprawił, że o zwycięstwie w wyborach będzie decydowała przede wszystkim kasa. Żadna lokalna inicjatywa, żaden prezydent, nawet Rafał Dutkiewicz, nie będzie w stanie wytrzymać finansowo rywalizacji z partiami politycznymi… jednomandatowe okręgi wyborcze do Senatu to mit i nic więcej.

Powiedzmy tak: logiki w tym frasyniukowym wywodzie za dużo nie ma, ale nie jest on przecież ekspertem od logiki, tylko od polityki, a jak już wieki temu zauważył genialny Lech Wałęsa: W polityce logika nie zawsze funkcjonuje, a nawet bardzo rzadko. No bo gdzie ta kasa, proszę Frasyniuka, której nie będzie nawet miał Dutkiewicz? Kodeks Wyborczy przecież jasno definiuje: 0,18 PNL na wyborcę i ani grosza więcej!