Jeśli ktoś sądził, że ogromne zwycięstwo Donalda Trumpa w Nowym Jorku było aberracją, to musiał się obudzić wczoraj wieczorem. Jego miażdżące zwycięstwo w pięciu północno-wschodnich stanach nie tylko przekroczyło wszelkie oczekiwania ale ukazało taką dominację nad kontrkandydatami iż wydaje się niemal oczywiste, że przeważająca większość głosujących Republikanów wybiera Trumpa. Ten fakt nie ułatwia mu drogi do zdobycia poparcia większości delegatów w pierwszym głosowaniu podczas konwencji w Cleveland. Stanowi jednak sygnał dla przeciwników jego kandydatury, że muszą przygotować się na to co zbliża się do nich nieuchronnie. Wojna w celu zatrzymania Trumpa jeszcze się nie skończyła, ale wydaje się oczywiste, że nawet najzagorzalsi oponenci z grupy #neverTrump zaczynają rozumieć iż dalszy opór nie ma już sensu.

Ani Ted Cruz ani John Kasich nie mieli we wtorek wielkich nadziei na zwycięstwo w żadnym z pięciu stanów. Ale skala zwycięstwa Trumpa takiego jak przeważająca wygrana w każdym hrabstwie w Pennsylvanii, do której nie udało mu się doprowadzić nawet w Nowym Jorku, musi dać do zrozumienia establiszmentowi Republikanów iż już najwyższa pora na wywieszenie białej flagi.

Oczywiście konserwatyści z zasadami nie rozwiną jej nawet po ostatnim zwycięstwie Trumpa. Jednak wielu delegatów czy osób pełniących urzędy (z prawem głosu), które mają wolność wyboru nie staną się częścią takiego ruchu. Ani też nikt z nich nie będzie walczył do ostatniej kropli krwi, a tym bardziej o tego który najprawdopodobniej zostawi ich po przegranej stronie w obliczu kogoś kto zarówno jest potencjalnym prezydentem jak i głową partii. Bez względu na to iż czy ten potencjalny zwycięzca nominacji partii może mieć niewielką szansę na zwycięstwo w wyborach powszechnych.

“Potencjalny prezydent może mieć nikłą szansę na zwycięstwo w wyborach powszechnych”

Cruz ma wciąż jeszcze szanse żeby w przyszłym tygodniu w stanie Indiana zatrzymać Trumpa. Jednak fakt iż Trump tam nadal nieznacznie prowadzi w sondażach. a także wczorajsze zwycięstwo może zniechęcić konserwatystów, którzy będą traktować Trumpa tak jak on siebie kiedyś określił mianem “domniemanego zwycięzcy”. Nawet jeśli Cruzowi udałoby się wygrać w Indianie,to nie jest wcale oczywiste czy można przeszkodzić Trumpowi w zdobyciu 1237 delegatów jeśli wliczymy tych, z nich którzy przejdą na jego stronę tak jak to się stało wczoraj w Pennsylvanii.

A jeśli domniemany zwycięzca otrzyma nominację, to co stanie się z Republikanami, którzy mu się nie podporządkują bo są przerażeni wizją partii wpadającej w łapy wulgarnego populisty rzucającego pustymi sloganami i obietnicami bez znaczenia? Z pewnością przez następne kilkanaście miesięcy będą się trzymać na uboczu.

Będą musieli przetrzymać, tak jak wczoraj wieczorem, patrząc jak kandydat ich partii do nominacji łamie konserwatywne zasady dotyczące gospodarki czy polityki zagranicznej, traktuje NATO jak śmieć i staje się bardziej lewicowy niż jego rywal z partii Demokratów. Będą patrzeć na kandydata, który zdecydował się nie tylko że będzie zachowywał się w sposób niegodny urzędu prezydenta, ale nawet iż nie będzie kontrolował swojego infantylnego rozbisurmanienia w walce o urząd dowódcy wojsk amerykańskich. Usłyszą, że wyborcy ich zganili i teraz powinni siedzieć już cicho. I wielu z nich tak zrobi.

Jednak głos ludu, tak jak ten wyartykułowany wczoraj wieczorem, nie zawsze jest głosem boskim. Przeciwnie, czasami wyborcy partii roztargnieni wskutek zagniewania czy też ferworem kampanii wybierają kandydata, który niemal na pewno oznacza katastrofę w wyborach powszechnych.

I wygląda na to, że tak działo się wczoraj wieczorem z Republikanami. Przez pół roku zwolennicy Trumpa będą się chełpić pokonaniem urojonego, złego establiszmentu Republikanów i fantazją magicznego zwycięstwa ich bohatera nad demografią, która sprawia iż przed starciem wyborczym z Demokratą znajduje się na beznadziejnej pozycji we wszystkich kluczowych grupach i w większości stanów, w tym także w tych, które tradycyjnie głosują na Republikanina. Mimo to jednak będzie przyspawany do telewizji i nie ustanie dopóki nie zyska więcej przeciwników ze strony kobiet i mniejszości.

 

Po wyborach w listopadzie niektórzy z nich winą za katastrofalną przegraną, w wyniku której Demokraci mogą uzyskać kontrolę w Kongresie, obarczą ten sam establiszment, który nie miał siły żeby zatrzymać Trumpa. Wojna o Trumpa będzie wstrząsać ruiną Partii Republikanów nawet gdy Donald wróci do swoich telewizyjnych reality show. Niech nikt nie sądzi, że wybryki Trumpa zostawią bez szwanku Partię Republikańską czy ruch konserwatystów. Skrzydło populistów tej partii nawet po zdyskredytowaniu przez Trumpa donikąd nie odejdzie. Konserwatyści będą musieli w przyszłości wygrać bitwy, które przegrali w 2016 r., choć miejmy nadzieję tym razem będą lepiej przygotowani i zjednoczeni.

Jednak Trump ma część racji – w jednej kwestii. Każdy ma prawo do podjęcia własnej decyzji i określenia kto stanie na czele partii. Jeśli, jak to się wydaje, według nich Trump jest dobrym kandydatem na przywódcę Republikanów, to go będą mieć. A jeśli nie przypadnie im do gustu wrak, który pozostanie po tej partii, to winą za ten stan rzeczy będą musieli się sami obarczyć.