Główne wejście do budynku FBI w Waszyngtonie/Photo: PublicDomain

Skandal związany z emailami niczym jątrząca się rana z każdym dniem wygląda coraz gorzej dla sztabu wyborczego Hillary Clinton. Według Washington Times wśród znalezionych emaili na jej domowym serwerze 60 zawiera tajną informację. A firma, która zarządzała jej serwerem, Platte River Networks, twierdzi iż “najprawdopobniej” wciąż istnieje kopia maili mimo, że oryginały zostały usunięte. Mimo, że początkowo Clinton zarzekała się, że nie odda nikomu serwera to w końcu została zmuszona do oddania go FBI.

Jeśli na serwerze rzeczywiście znajdowały się tajne emaile to jak powiedział na łamach Wall Street Journal były prokuratur generalny i sędzia federalny Michael Mukasey był to czyn karalny:

Przechowywanie “dokumentów lub materiałów zawierających tajną informację” to czyn, za który grozi kara więzienia do roku pozbawienia wolności. Zauważmy, że to jest informacja chroniona i nie zależy od tego czy na dokumencie lub materiałach znajduje się gryf tajności. Z tego artykuły sądzony był generał i dyrektor CIA David Petraeus za przechowywanie tajnej informacji w domu. Pani Clinton trzymała tajną informację na swoim serwerze w domu. I to jest złamanie prawa. Podobnie jak kopiowanie tej informacji na przenośny dysk dla jej prawnika Davida Kendalla.

David Petraus został skazany na karę w zawieszeniu i 100 tys. dol. grzywny. Jeśli jej współpracownicy przesyłając emaile usunęli z nich gryf tajności to jest to przestępstwo. Na początku mówiła, że nie otrzymała żadnych tajnych maili, a teraz iż nie otrzymała żadnego z gryfem tajności. Mukasey podkreśla, że ten argument nie może służyć do obrony.

Sądzę, że sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy. Bowiem pomysł utrzymywania prywatnego systemu komunikacyjnego wydaje się być podejrzany. Wyjaśnienie iż pozwoliło jej to na noszenie przy sobie tylko jednego urządzenia jest niedorzeczne. Z pewnością jakiś informatyk Departamentu Stanu musiał jej powiedzieć, że w smartfonie może odbierać emaile z dowolnej ilości adresów.

W tej sprawie wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Oto pięć z nich:

1) Clinton oddała do Departamentu Stanu 55 tys. wydrukowanych emaili, a nie w formie elektronicznej. Dlaczego? Dysk USB jest lekki i ma długość 4 cm stąd można schować go do kieszeni i zapomnieć, że jest na nim 55 tys. kartek papieru czyli stos wysokości ok. 4,5 m (obliczyłem dokładnie). Wydaje mi się dlatego żeby nie można było ich szybko przeszukiwać. Czy można inaczej wyjaśnić tak żeby nie imputować niecnych zamiarów?

2) Dlaczego tak mało emaili spośród 55 tys. zawierało tajną informację? Chyba Sekretarz Stanu nie otrzymuje emaili z listą gości na spotkanie w Bergen w Norwegii czy przyjęcia konsulatu z okazji święta 4 lipca? Jak sądzę dostaje raczej tylko materiał z najwyższych szczebli władzy, który jest tajny albo ściśle tajny. W jaki sposób tajne raporty wywiadu trafiały do Pani Clinton jeśli nie drogą emailową w czasie jej podróży na spotkania z przyjaciółmi i antagonistami na całym świecie? 3) Jeśli 30 tys. emaili naprawdę dotyczyły ślubu Chelsea i ćwiczeń jogi jak twierdzi Clinton to czemu je wymazała? Gdyby je zachowała to byłby dowód na to, że nie były ważne. Usuwając je tylko wzbudziła podejrzenia.

4) Dlaczego trzeba było aż sformatować serwer skoro nie było tam nic nieodpowiedniego? Usunięcie informacji z twardego dysku nie wymazuje jej tylko pozwala na nadpisanie inną.

5)Dlaczego w czasie gdy Clinton była sekretarzem stanu był wakat na stanowisku Inspektora Generalnego w Departamencie Stanu? Zdarzało się wcześniej, że był wakat (nominacja na to stanowisko wymaga zgody Senatu) ale nigdy przez 5 lat i 5 miesięcy czyli od 15 stycznia 2008 do 27 czerwca 2013 r to znaczy pół roku po odejściu Clinton z Departamentu Stanu.