Ted Cruz ma chyba już coraz mniejszą nadzieję na to, że otrzyma nominację prezydencką od Republikanów. Jednak senator wciąż jest zdecydowany prowadzić ostrą grę żeby zatrzymać Donalda Trumpa. Cruz wybierając Carly Fiorina na swojego partnera w wyborach skierował na siebie ponownie uwagę mediów po strasznych 24 godzinach, w których Trump we wtorek wygrał miażdżącą większością we wszystkich północno-wschodnich stanach. W tej właśnie chwili potrzebna jest mu taka uwaga żeby zdynamizować swoją kampanię przed wyborami, które musi wygrać w przyszłym tygodniu w Indianie. Bo inaczej nawet najzagorzalsi oponenci Trumpa z grupy #neverTrump spiszą Cruza na straty.

Mimo iż staje się to coraz mniej realne Cruz ma nadzieję, że po kilku głosowaniach otwarta konwencja przyzna mu nominacje. Jego kruchy, tymczasowy sojusz z Johnem Kasichem zawarty tydzień wcześniej posłużył Trumpowi jako argument przeciw systemowi wyboru Republikanów, który jest mu rzekomo nieprzyjazny. A w wyborze Fioriny na wiceprezydenta wyczuwalna jest desperacja i chęć opóźnienia porażki.

To prawda, że Fiorina potrafi świetnie Cruza zastępować odkąd w New Hampshire zakończyła swoją kampanię skazaną na porażkę. Jednak nie ma już swoich wiernych wyborców. A jej wybór nie przekona fanów Trumpa do porzucenia swojego bohatera, podobnie jak nie wystarczy żeby przekonać Kasicha do wycofania się z wyborów. Fiorina byłaby świetnym partnerem dla Republikanina z nominacją, także Trumpa jeśli byłby mądry lub wykazał się silnym charakterem, by na to się zdecydować. Byłaby także twardym openentem w debatach wice-prezydenckich i odegrała tradycyjną rolę osłabiania rywala do fotela prezydenta.

Ta decyzja może być znakiem iż Cruz poważnie traktuje urząd o który się ubiega, ale nie wpłynie na zmianę podstawowego faktu, że Trump odnosi łatwe zwycięstwa.

Mimo, że ta decyzja również nie przyczyni się do poprawy sytuacji Cruza, to jednak może w pewnym stopniu wpłynąć na bieg kampanii. Bo Fiorina włączając się do kampanii przeciw Trumpowi staje się dla niego drugim celem, na który teraz musi kierować także swoją uwagę. Przypuszczalnie sztab Cruza doszedł do wniosku, że podstawiając Fiorinę pod nos Donaldowi skusi go do powtórzenia jego złośliwej krytyki pod jej adresem.

Warto przypomnieć, że kłopoty Trumpa zaczęły się od chwili, gdy skrytykował wygląd Fioriny. Fiorina zdobyła uznanie wyborców kiedy w czasie jednej z pierwszych debat zrobiła wszystko żeby było jasne, że zarówno ona jak i Amerykanie świetnie rozumieją o czym mówił do niej Trump.

Oczywiście zarówno ta gafa, podobnie jak wiele innych tylko nieznacznie mu zaszkodziła. Zwolennicy lubią Trumpa właśnie dlatego, a nie mimo to iż jest wulgarny i rozpycha się wszędzie ramionami. I nie widzą w tym żadnej ujmy. Trump korzysta podwójnie z komentarzy na temat Hillary Clinton, które powszechnie, i niemal zawsze bezbłędnie, określane są jako seksistowskie. A zatem podsunięcie Fioriny jako przynętę z pewnością jeszcze bardziej uwydatni negatywne strony charakteru kandydata do nominacji.

Nic jednak nie jest w stanie zniechęcić jego zatwardziałych zwolenników bez względu na to co Trump nie powiedziałby na temat Fioriny. Może jednak powstrzymać tendencję podporządkowania się Republikanów głównego nurtu i pełniących urzędy, którzy zaczęli już wyciągać nieuzasadniony niczym wniosek iż dalszy opór nie ma już sensu. Jeśli Trump zaprezentuje się jak toksyczny kandydat na scenie, na której powinien przynajmniej udawać iż potrafi zachowywać się jak prezydent, to wówczas nic mu nie pomoże bez względu na to jak bardzo jego fanom podoba się obrażanie byłego prezesa Hewlett-Packard.

W najgorszym razie Cruz może przynajmniej zyskiwać jeszcze jeden tydzień żeby udowodnić swojej partii iż zwycięstwo Trumpa nie jest wcale nieuchronne, mimo iż tak się na razie wydaje. Trump powinien siedzieć cicho i nie krytykować Fioriny. Jeśli połknie przynętę to Cruz może uzyskać więcej uwagi mediów i powoli, nie od razu, zatrzymać go na drodze do zwycięstwa w pierwszym głosowaniu na konwencji w Cleveland.