Ambasador Robie Marcus "Mark" Palmer / Photo courtesy of Freedom House

W ostatnich dniach stycznia 2013 zmarł w swoim domu w Waszyngtonie ambasador Robie Marcus “Mark” Palmer. Odegrał znaczącą rolę w transformacji ustrojowej Polski komunistycznej. Był m.in. w zespole doradców prezydenta Ronalda Reagana podczas pierwszego spotkania z pierwszym sekretarzem komunistów sowieckich Michaiłem Gorbaczowem w październiku 1986 roku w Reyklaviku. Dr. Palmer był ambasadorem USA w czasie ostatnich miesięcy komunistycznych Węgier. Po 1989 starał się zachęcić byłych dysydentów państw post-komunistycznych do utworzenia w ich krajach swoistych inkubatorów demokracji dla ich kolegów walczących w państwach rządzonych przez dyktatorów. Był przekonany, że świat rządzony przez demokratów może przyczynić się do obalenia dyktatorów. W jaki sposób? Napisał o tym w swojej ostatniej książce Breaking the Real Axis of Evil: How to Oust the World’s Last Dictators by 2025, na kanwie której Tomasz Pompowski przeprowadził ten wywiad. Tekst ukazał się we wrześniu 2009 roku w nieistniejącym już tygodniku idei “Europa”.

 

Czym jest oś zła?

Mark Palmer: Moim zdaniem prezydent Bush bardzo ograniczył ją, wymieniając tylko trzy kraje: Iran, Irak i Płn. Koreę. W naszym dorocznym raporcie Freedom House piszemy, że na świecie mamy 43 zniewolone kraje. Wśród nich chociażby Chiny czy Arabię Saudyjską w Azji, a w Europie Białoruś. Sądzę, że prawdziwa oś zła to właśnie te 43 kraje, których dyktatorzy nie zezwalają na wolność i są powodem najważniejszych zagrożeń dla bezpieczeństwa dzisiejszego świata. I to są prawdziwi wrogowie, tych 43 ludzi, bo nie narody, kultury, religie. Jestem przekonany, że w erze globalizacji to powinien być nasz główny priorytet – poradzenie sobie z tymi 43 ludźmi.

W jaki sposób, jakimi metodami można wbrew woli dyktatorów wprowadzić systemy demokratyczne w tych krajach?

Najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest to, co się stało w 1989 roku w Polsce. To, co zrobiła “Solidarność”, najpierw organizując się w podziemnych strukturach, a potem wychodząc na ulice i działając metodami bez użycia przemocy, udowadnia, że można i trzeba tak postępować w stosunku do innych dyktatur na świecie. Połowa dyktatorów na świecie, podobnie jak w Polsce, została obalona bez użycia przemocy, dzięki organizacjom prodemokratycznym. Sądzę, że w obecnej sytuacji możemy dokończyć proces obalania dyktatur i stworzyć powszechną demokrację. Każdy kraj na świecie może stać się wolny i demokratyczny, jeśli tylko uzyska odpowiednią pomoc.

Jednak Polska, zanim znalazła się pod rządami komunistów, miała demokratyczne tradycje, począwszy od Konstytucji 3 maja 1791 roku. Kiedy “Solidarność” odwoływała się do demokracji, ludzie wiedzieli, czym ona jest. Natomiast większość z 43 państw, które znalazły się pod rządami dyktatorów, nie ma zielonego pojęcia, czym jest demokracja. W jaki sposób można posługiwać się tam metodami polskiej “Solidarności”?

Po pierwsze trzeba obalić dyktatorów. Wszystkie kultury i narody świata od początku historii mają, jak określił to laureat Nagrody Nobla prof. Amartya Kumar Sen, “korzenie demokracji – pragnienie udziału w debacie publicznej na tematy, które są dla nich ważne”. I to jest powszechne pragnienie, które można odnaleźć w kulturze zarówno hinduskiej, jak i chińskiej oraz wszędzie indziej. Pierwszy krok to pozbycie się dyktatorów. Drugi – budowanie demokracji. I zgadzam się z panem, że to dużo trudniejszy krok, zwłaszcza w krajach, gdzie nie ma tradycji demokratycznych. Jednak nie jest to niemożliwe. Weźmy Indie, które nie miały demokratycznych tradycji. To była kolonia brytyjska. Ale im się udało. A na przykład Pakistańczykom, którzy również byli kolonią brytyjską, nie powiodło się, albo przynajmniej nie w takim stopniu jak w Indiach.

Nie jest więc problemem to, co było przedtem, ale raczej to, kto jest politycznym przywódcą kraju w konkretnym momencie dziejów. Oczywiście, kluczowa jest też wola narodu, czy kraj będzie zdeterminowany do wprowadzenia demokracji czy też ogarnie go apatia. Zgadzam się, że nie jest to łatwy proces. Potrzebni są politycy, którzy widzą ten cel jako priorytet. W okresie prezydentury Ronalda Reagana, pracując w Departamencie Stanu, obserwowałem, jak zdeterminowani politycy pomogli filipińskiej opozycji obalić dyktatora. W lutym 1986 roku ówczesny sekretarz stanu George Shultz zorganizował w swoim prywatnym mieszkaniu spotkanie poświęcone sytuacji na Filipinach. Uczestniczyli w nim między innymi znani dziś Paul Wolfowitz, wtedy z Departamentu Stanu oraz Richard Armitage i Donald Rumsfeld – z Departamentu Obrony. Shultz oświadczył, że ma informacje, iż zakończone właśnie wybory na Filipinach zostały sfałszowane. Następnego dnia prezydent Reagan został poinformowany o manipulacji wyborami przez dyktatora Filipin Ferdinanda Marcosa. Na konferencji prasowej Reagan powiadomił o tym media. Mając poparcie Departamentu Stanu i Departamentu Obrony, za sprawą Rumsfelda i Wolfowitza, prezydent podjął decyzję uruchomienia akcji obalania dyktatora Filipin. W prywatnym liście ostrzegał Marcosa przed tłumieniem demonstracji opozycji przy pomocy wojska i wezwał do tworzenia nowego rządu.