Gdy Donald Trump twierdzi, że nie powiedział tego co usłyszeliśmy z jego ust dosłownie dwie minuty temu, lub gdy Hillary Clinton oświadcza, że głosowała za wojną w Iraku z powodów, o których nigdy nie mówiła przed głosowaniem, czy też gdy Ted Cruz przeprasza za to, że jego sztab wyborczy zaatakował w niecny sposób Bena Carsona i równocześnie winą za to obarcza CNN, to gdy do tego wszystkiego dochodzi, a kandydaci aspirujący do roli prezydenta nie palą się ze wstydu, widać wyraźnie, że dzieje się coś bardziej niepokojącego niż tylko zwykła przepychanka polityczna. Zdesperowani realiści przyglądający się na Twitterze tym ucieczkom od rzeczywistości przesyłają między sobą  gorzkie pocieszenie odnoszące się do kampanii Trumpa w 2016 r: “LOL [zwrot stosowany w Internetowym slangu: “śmieję się głośno” – red.] nic się nie liczy”.

W takich właśnie chwilach, gdy amerykańscy konserwatyści lamentują nad śmiercią prawdy w Stanach Zjednoczonych to liberałowie i lewica pokłada się od spazmatycznego rechotu. I mówi: to wasza wina. To wy stworzyliście tego potwora. I wyciągają jako argument okres tuż przed wojną w Iraku. Przeciwnicy administracji Georga W. Busha już przyzwyczaili się do oskarżania jej o to, że skłamała w sprawach dyskusyjnych – przede wszystkim co do posiadania broni masowego rażenia przez Irak, bo inspektorzy nie mogli jej znaleźć po upadku reżimu Saddama. I powtarzają swoją mantrę: Bush skłamał, ludzie zginęli.

Oczywiście autorzy tych twierdzeń przedefiniowali zupełnie znaczenie słowa “kłamstwo”, bo Bush wraz ze swoją ekipą był święcie przekonany, że broń istniała i stwarzała zagrożenie dla światowego porządku i stabilizacji. Musieliby być szaleńcami żeby skłamać ponieważ wiedzieli, że po wojnie, na którą się zdecydowali,  inspektorzy niczego nie znajdą i ich argument przemawiający za jej rozpoczęciem, tak jak to się stało,  zostanie podważony. Gdyby o tym wszystkim wiedzieli to czy raczej nie podłożyliby takiej broni żeby się usprawiedliwić, zamiast przechodzić przez to piekło, które przeszli?

Nie, to nie Irak ani Bush. To także nie Bill Clinton, który machał swoim kościstym palcem do prasy, kraju i świata i oświadczał, że nie uprawiał seksu z tą kobietą i nigdy, nawet ani jeden raz, nie kłamał. Ta choroba zakorzeniła się w kulturze znacznie głębiej niż słowa prezydentów. Podobnie jak wiele bakterii także i ta została wyhodowana pod laboratoryjnym kloszem inteligencji uniwersyteckiej i stamtąd rozprzestrzeniła się na cały świat z pomocą społecznych eksperymentatorów przeprowadzanych przez profesurę.

Wybory 2016 r. i wzrost popularności Donalda Trumpa są cezurą tryumfu postmodernizmu, który został stworzony przez europejskich teoretyków lat 1960 i spopularyzowany w amerykańskich szkołach wyższych w latach 1970. Fundamentalną koncepcją postmodernizmu jest brak fundamentalnej koncepcji absolutnie wszystkiego. W tym systemie nie istnieje podstawowa prawda, nic nie ma znaczenia, a nasze wyobrażenie prawdy stanowi w istocie tylko hierarchię, porządek, przez którego pryzmat przeprowadzamy analizę i interpretację absolutnie wszystkiego.

Te teorie spotkały się z takim wielkim entuzjazmem środowisk akademickich, że w 1996 r. socjolog Alan Sokal napisał w czasopiśmie Social Text ich drętwą parodię, w której stwierdził, że “rzeczywistość fizyczna… jest konstrukcją społeczną”. Redakcja nie zdając sobie sprawy z tego, że jest nabijana w butelkę, opublikowała esej. Sokal, który nazywa siebie Starym Lewicowcem, wyjaśnił, że Social Text opublikował jego nonsens ponieważ redakcji podobało się zakończenie artykułu: “treść i metodologia nauki postmodernistycznej ogromnie przyczynia się do wsparcia progresywnej projektu politycznego”.

No i znowu stali się obiektem żartu. Bo Donald Trump w największym stopniu uosabia człowieka postmodernizmu i nie obchodzi go progresywny projekt. Donalda Trumpa interesuje jedynie narracja. “Potrafię świetnie zmienić wszystko, tak jak zechcę” – powiedział zapytany czy to o czym mówi w czasie kampanii będzie realizował gdy już zostanie prezydentem. To co mówi Trump nie ma znaczenia w dalszej perspektywie czasowej. Jego twierdzenia stają się nieważne w chwili gdy je wypowiada.

LOL. Nic się nie liczy.

Jednak oczywiście prawda jest inna. Nie sądzę żeby kiedykolwiek w moim życiu ‘być albo nie być’ idei Stanów Zjednoczonych zależało w takim stopniu od znalezienia sposobu zwalczania i wyleczenia się z tej duchowej i intelektualnej epidemii – epidemii totalnego braku sensu wszystkiego.