Syrian President Bashar Al-Assad during his official visit to Yerevan, Republic of Armenia. © PanARMENIAN Photo / Davit Hakobyan

Prezydent Syrii Bashar Al-Assad w czasie oficjalnej wizyty w Armenii/ Foto: PanARMENIAN Photo / Davit Hakobyan/ Licencja CC BY-NC-ND 2.0 Creative Commons

Kiedy w marcu 2011 r. rozpoczęła się wojna domowa w Syrii wydawało się, że dni Bashara Assada są już policzone. Udało mu się jednak utrzymać władzę dzięki znaczącemu poparciu Iranu i jego Hezbollahowi w Libanie. W ostatnich miesiącach popularna stała się opinia, że Assad wcale nie przeszedł do historii lecz odniósł zwycięstwo. Jednak z taką oceną trzeba jeszcze trochę zaczekać.

Władza Assada może się kurczyć o czym świadczy niedawny upadek miast Idlib i okolic. “Po przejęciu większej części prowincji Idlib rebelianci przemieszczają się na południe w kierunku twierdz rządowych w Hama i Homs. I stanowią zagrożenie dla Latakii położonej w samym środku rodzinnych wybrzeży Assada.” – zauważa Washington Post. Również widać inne symptomy słabości tego reżimu zwłaszcza nieudaną ofensywę na Aleppo i twierdze rebeliantów na południu.

Do tych niepowodzeń trzeba dodać jeszcze plotki o nieporozumieniach na górze. Jak pisze Post: “W piątek prorządowe media poinformowały o śmierci dyrektora ds bezpieczeństwa politycznego Rustom Ghazaleh, który był zatwardziałym zwolennikiem Assada od wielu lat. Przez wiele miesięcy pojawiały się plotki, że gdy zerwał z reżimem to rywal pobił go tak dotkliwie, że dogorywa w szpitalu. Ponadto ukazały się też informacje o dymisji, w ubiegłym miesiącu, innego lojalisty, szefa wywiadu wojskowego Rafiqa Shehadeha. Zachodni dyplomaci, którzy obserwują wydarzenia w Syrii twierdzą iż obaj pokłócili się z rodziną Saddama w kwestii rosnącej pozycji Iranu w tej wojnie.” Nawet rodzina Assada zaczyna się kruszyć. Jeden z kuzynów Bashara został zdymisjowany ze stanowiska szefa bezpieczeństwa w Damaszku i uciekł z kraju. Inny kuzyn trafił do więzienia “wskutek plotek, że przygotowuje przewrót”.

“To mogą być znaki początku ich końca” – twierdzi też doskonały Arabista Robert Ford, który był ambasadorem w Damaszku.

Oczywiście trzeba być sceptycznym co do tych informacji brzmiących łudząco podobnie jak doniesienia z lat 2011-2012, w których przedwcześnie napisano polityczny nekrolog Assada. Nawet jeśli to wszystko jest prawdą, że zbliża się koniec reżimu Assada, to nie jest wcale dobra wiadomość.

Nikt nie będzie wylewał łez gdy upadnie rząd, który odpowiada za zamordowanie ponad 200 tys. swoich obywateli. Jednak powstaje pytanie co będzie dalej.

To nie umiarkowana Wolna Armia Syryjska, którą porzuciły USA, zadała cios siłom rządowym. Zwycięstwo nad Assadem odnosi nowa koalicja rebeliantów, która nazywa się Armią Zwycięstwa. W jej skład wchodzą niektóre bataliony Wolnej Syryjskiej Army, ale przeważają oddziały Frontu al-Nusra, który jest odłamem al-Kaidy. Popierają ją przede wszystkim islamskie państwa jak Arabia Saudyjska, Turcja, Katar, a nie Europa czy USA. Nie będzie zatem powodu do świętowania gdy reżim popierany przez Iram zastąpią terroryści z al-Kaidy. Bo przecież armia tak zwanego państwa islamskiego w Syrii jest jeszcze bardziej brutalna od radykałów z al-Nusri.

Nie musiało wcale dość do tryumfu ekstremistów. Stało się tak przede wszystkim ponieważ prezydent Obama nie wykorzystał szansy wsparcia bardziej umiarkowanych rebeliantów w pierwszej fazie tego konfliktu. Możliwość upadku reżimu Assada powinno obudzić administrację i zmotywować do udzielenia pomocy Wolnej Armii Syryjskiej żeby mogła stworzyć wyzwolone enklawy, które chroniłoby lotnictwo amerykańskie. I na tych obszarach zostałby zalegalizowany rząd umiarkowanej opozycji Syrii, z którym utrzymywałyby stosunki zarówno USA jak i jego sojusznicy.

Jednak nawet takie kroki nie wystarczyłyby żeby w krótkim czasie w sposób znaczący zrównoważyć władzę na tym terenie. Jeśli wkrótce dojdzie do upadku reżimu Assada to trudno sobie wyobrazić żeby tę próżnię udałoby się wypełnić komukolwiek z wyjątkim sunnickich dżihadystów – o ile wspólnota międzynarodowa nie przeprowadzi interwencji na szeroką skalę wzorem Bośni, Kosowa czy Wschodniego Timoru. Jednak skoro USA i sojusznicy nie wysłali takich sił do Libii zaraz po upadku Kadafiego (jak wówczas sugerowałem), to nie wydaje się, żeby teraz na to się zdecydowali. Bowiem sytuacja w Syrii jest znacznie trudniejsza. Zachodnie siły byłyby celem ataku nie tylko Frontu al-Nusry, resztek zwolenników Assada, ale również tak zwanego państwa islamskiego.

Trudno sobie wyobrazić pogorszenie sytuacji w Syrii pod upadku Assada. Ten zrujnowany wojną kraj jak magnes przyciąga dżihadystów ze strony szyitów i sunnitów. Trudno także sobie sobie wyobrazić jakąkolwiek poprawę, jeśli Zachód nie zdecyduje się na zrobienie czegoś więcej od tego czym się zajmował przez ostatnie cztery lata.