nuclear-warKiedy Barack Obama mówi, że jedyną alternatywą układu z Iranem jest następna wojna na Bliskim Wschodzie, a mówi o tym często, to krytycy natychmiast oskarżają go o przewrotność, która mu się rzeczywiście również nie tak rzadko zdarza. Nawet  najsurowszy i najskuteczniejszy krytyk układu Obamy premier Izraela Benjamin Netanyahu twierdzi, że “lepszy układ”, a nie wojna stanowi prawdziwą alternatywę. Podobnie jak stojący na czele amerykańskich przeciwników układu senatorowie Lindsay Graham i Tom Cotton.

Według mnie wynegocjowany przez Obamę układ jest hańbiacym i niebezpiecznych skutkiem polityki łagodzenia, dlatego bardzo trudno mi stanąć po jego stronie przeciwko tym postaciom sceny politycznej, które podziwiam i zasadniczo popieram. Niemniej jednak muszę przyznać, że ma rację przekonując iż jedyną alternatywą układu jest wojna.

Nie twierdzę jakoby wojna była alternatywą wyłącznie wobec układu Obamy. Uważam, że wojna jest jedyną alternatywa wobec jakiekogolwiek układu, który Iran chciałby podpisać jeśli jego celem naprawdę byłoby powstrzymanie reżimu od zdobycia bomby. Obama cały czas twierdzi, że osiągnie ten cel zawierając swój układ. Jednak coraz bardziej staje się jasne, że już nie sądzi, jeśli kiedykolwiek tak myślał, że Iran uzbrojony w bombę jądrową będzie stanowił ta ogromne niebezpieczeństwo, że za wszelką cenę trzeba mu zapobiec.

Jeszcze kilka lat temu niemal nikt nie podważał tej opinii. Jednak gdy niemal wszyscy zachodni przywódcy polityczni i komentatorzy zgadzali się co do tego, że groźba użycia siły militarnej musi być zawsze brana poważnie pod uwagę ażeby uzyskać rozwiązanie pokojowe, to większość z nich była przekonana, że metodą kija i marchewki uda się osiągnąć cel i uniknąć użycia siły.

Jednak mała mniejszość – w której byłem i ja – twierdziła, że Iran jest tak zdeterminowany żeby zbudować swój arsenał nuklearny, że nic, nawet sankcje ani szansa (jak mówi Barack Obama) “wyprostowania swoich stosunków ze światem” przekona reżim do rezygnacji z podjętych starań. Przekonani, że negocjacje do niczego nie doprowadzą tylko pozwolą Iranowi zyskać czas sądziliśmy, że im wcześniej zbombarduje się ich centra nuklearne tym lepiej.

Mieliśmy pełną świadomość, że to rozwiązanie obarczone było ryzykiem. Niemal na pewno sprowokowałoby odwet Iranu na amerykańskich siłach w regionie i na Izraelu. A to z kolei mogłoby spowodować straszne reperkusje na rynkach po zablokowaniu transportu ropy przez Iran. Jednak naszym zdaniem to wszystko było nieporównywalne z nuklearnym wyścigiem zbrojeń na Bliskim Wschodzie zainicjowanym przez bombę Iranu.

Mogło nawet dojść do gorszej sytuacji jeśli, co było bardzo prawdopodobne, Iran wchodząc w posiadanie środków do realizacji otwarcie i wielokrotnie powtarzanego marzenia “wymazania Izraela z mapy, albo sprowokowałby wyprzedzający atak nuklearny Izraela lub próbowałby zdążyć zrobić to samo wcześniej. W każdym przypadku ofiary i zniszczenia są trudne do wyobrażenia.

Streszczeniem naszego stanowiska było hasło: “gorszym rozwiązaniem od zbombardowania Iranu jest zezwolenie Iranowi na zdobycie bomby”. Tym, którzy, podobnie jak prezydent Obama oskarżyli nas o podżeganie do wojny, odpowiadaliśmy iż wybór nie sprowadza się do wynegocjowanego porozumienia lub wojny. Istota wyboru polega na tym czy teraz zdecydujemy się na konwencjonalną wojnę, czy zostaniemy zmuszeni później do wojny nuklearnej.

Jeśli celem układu Obamy naprawdę jest powstrzymanie Iranu od wyprodukowania bomby to byłaby to porażka, bo zostawiałby w ich rękach nietkniętą infrastrukturę do jej wytworzenia i mnóstwo możliwości do oszustw. Jednak sądząc po czynach, a nie po słowach, można wyciągnąć wniosek, że celem działań Obamy nie jest powstrzymanie Iranu od zdobycia bomby ale jego pogoń za détente, czy nawet de facto sojuszem, z Iranem. Widzimy już zarys takiego sojuszu, który przejawia się w jego zamiarze współpracy z Iranem w zwalczaniu ISIS w Iraku i jego niechęć do podjęcia jakichkolwiek kroków na Bliskim Wschodzie, które mogłyby się nie podobać Teheranowi (na przykład przeciw Syrii – jego sojusznikowi).

Aktualną sytuację oddaje najlepiej druzgocący komentarz Winstona Churchilla do zawarcia przez Nevilla Chamberlaina paktu z Hitlerem w Monachium w 1938 r.: “Mógł pan wybrać hańbę lub wojnę. Wybrał pan hańbę, a teraz ma pan wojnę” – należałoby dodać teraz – wojnę nuklearną. O ile Izraelczycy nie wybiorą teraz konwencjonalnej wojny, by uniknąć później nuklearnej. Sądzę, że wybiorą, ale niemniej prawdopodobnie Obama, pomimo wielokrotnych zapewnień o jego poparciu Izraela, powstrzyma go grożąć wycofaniem wsparcia dyplomatycznego i zaopatrzenia broni, której będą potrzebować. Jeśli do tego dojdzie – niech Bóg ma nas w swojej opiece.