Niewiele przesłuchań w Kongresie rozpoczyna się o wpół do ósmej rano.. Nie często policja zamyka dojścia do sali, w której się odbywają. A urzędnik mający zeznawać nie przyjeżdża w kolumnie samochodów rządowych. Tak było w piątek, 16 listopada, gdy najpierw przed członkami Izby Reprezentantów, a następnie Senatu stanął były szef CIA generał David Petraeus.

Udzielał po raz drugi informacji tym samym Kongresmenom.  Bo chciał rozwiać niejasności związane z wcześniejszą wypowiedzią na temat ataku terrorystycznego, który miała miejsce 11 września 2012 r. na amerykańską placówkę w Benghazi. Zginął wówczas czterech obywateli amerykańskich, wśród których był ambasador USA w Libii. Administracja prezydenta Baracka Obamy zgodnie twierdziła, także i generał Petraeus, iż powodem ataku był obraźliwy dla muzułmanów film opublikowany w Internecie. Od tego czasu pojawiły się poważne wątpliwości co do tej hipotezy i dlatego Kongresmeni ponownie wezwali szefa CIA by przedstawił więcej informacji na ten temat.

 

Kompromitacja Petreausa

Czterogwiazdkowy generał  został pospiesznie wprowadzony na salę w podziemiach Kapitolu zabezpieczoną przed podsłuchami, w której za zamkniętymi drzwiami miał ujawnić informacje objęte ścisła tajemnicą.  W czasie przesłuchania wejścia do sali pilnowali funkcjonariusze policji na Kapitolu.

Członek komisji Izby Reprezentantów Peter King powiedział, że Petraeus przekazał informacje sprzeczne z wcześniejszymi. – Mówił, że było wiele źródeł informacji, ale powiedział także był przekonany iż nie pozostawił wątpliwości, iż znaczącą rolę odegrali terroryści. Ale ja nie pamiętam żeby o tym nam mówił 14 września – wyznał King. Podatników zaszokowała najbardziej wiadomość, że były szef CIA, który podał się do dymisji kilka tygodni temu, nie zeznawał pod przysięgą. – To przesłuchanie miało charakter prywatny wyjaśnił dziennikarzom – twierdził Republikanin.

Petreaus podał się do dymisji, pod naciskiem FBI, dwa dni po wyborach w związku z aferą romansu.  Ale wiadomość o jego kłopotach otrzymali tydzień przed wyborami dwaj wysocy rangą Republikanie Eric Cantor i Dave Reichert. Poinformował ich o tym agent FBI zaniepokojony, iż informacja o śledztwie przeciwko szefowi CIA mogła wyciec z FBI. Politycy jednak zniweczyli jego starania przekazując sprawę do… FBI. Wkrótce w opałach znalazł się jednak nie Petreaus, a informator Republikanów. Cantor pytany dlaczego nie poinformował o skandalu swoich kolegów z partii stwierdził wymijająco, iż była to kwestia natury „bezpieczeństwa narodowego”. Ta informacja – zdaniem doświadczonego dziennikarza śledczego Cliffa Kincaida – mogła zmienić bieg wyborów. – Bardzo prawdopodobne jest, iż informacje o aferze uniemożliwiłyby reelekcję Obamy – dodaje.  Bo obraz korupcji najwyższych urzędników administracji, jaki wyłania się z afery nazywanej już Benghazigate, zmusiłby wyborców do myślenia.  Republikanie jednak zachowali się zupełnie inaczej niż życzyliby sobie tego podatnicy.

Podobnie jak niemal wszystkie bez wyjątku media w poniedziałek, 19 października. Od National Review, Weekly Standard po New Republic, The Nation przekonywały, iż niezbędna jest „legalizacja imigrantów”. Do tego pomysłu przekonał się nawet popularny dziennikarz konserwatywny Sean Hannity, który bez żenady wyznał, iż uświadomił sobie swój błąd po… przegranych wyborach. Telewizje, które umilkły tylko na chwilę, by zrobić miejsce prasie drukowanej ponownie po południu rozbrzmiały gwarem pseudo-debat, których konkluzja jest z góry przesądzona.

 

Psychologia klasy rządzącej

To kolejne fakty, który uwidaczniają, iż poglądy polityczne wśród Amerykanów mają mniejsze znaczenie niż podział na klasę rządzącą i krajową. W tą ostatnią wpisuje się między innymi ideowa lewica, umiarkowani Demokraci, czy Tea Party lub zwolennicy Reagana. Jak trafnie sformułował ją politolog Angelo M. Codevilla – „stanowi milczącą większość Amerykanów”.

I właśnie większość jest znienawidzona przez elitę. Jak wyjaśnia Codevilla jej istnienie usprawiedliwia propagowana przez nią teoria, iż współczesne społeczeństwo jest tak kompleksowe i produktywne, iż kierować nim może nowa klasa wykształconych i doświadczonych urzędników, i specjalistów. W nomenklaturze Edwarda Golberga nazywana jest „nowokracją”: „nową arystokracją, prawdziwych beneficjentów globalizacji – wraz z menadżerami wielkich firm, technologami czy osobami aspirującymi do grona merytokracji”. Codevilla kwituje, iż nowa klasa rządząca USA oddzieliła się od reszty blisko wiążąc się z wielkim rządem.

Jednak ani bogactwo, ani nawet pełniony urząd (prezydent Reagan) nie są gwarancją przynależności do towarzystwa nowej klasy. Akceptacja wymaga przystawania z właściwymi ludźmi, posługiwania się właściwymi znakami i odrzucenia innych. Towarzystwo łączą te same maniery, smaki, zainteresowania klasowe i swoista filozofia życiowa. Jeśli na przykład, jak podkreśla Codevilla, jesteś profesorem prawa Laurencem Tribe, filarem lewicowego establishmentu, to w 1984 możesz napisać swoje dzieło korzystając z pracy swojego asystenta Rona Klaina. A dziesięć lat później gdy Klain przyznaje się do współautorstwa książki a inne fragmenty okazują się być przepisane lub sparafrazowane z innej wydanej w 1974 to może stwierdzić, iż plagiat „nie był zamierzony”. I możesz liczyć na dziekana Wydziału Prawa Elenę Kagan, która powoła komisję z byłym i przyszłym rektorem Harvardu Derkiem Bok, opracuje poufny raport, który „zamknie” incydent. Przypadkowo Kagan stanie się sędzią Sądu Najwyższego. Ani jedna z tych osób nie wykonała rzetelnie swojej pracy: profesor nie napisał samodzielnie swojej książki,  asystent dokonał plagiatu zamiast przeprowadzenia badań, dziekan nie powołał odpowiedzialnego komitetu i wszystko zostało nagrodzone. Zupełnie inaczej traktowane są prace naukowe i specjaliści ds. klimatu z Massachusetts Institute of Technology (Richard Lindzen) czy University of Virginia (S. Fred Singer). Nie traktowane są poważnie przez klasę rządzącą.