Amerykańskie siły powietrzne/Photo: Public Domain

Amerykańskie siły powietrzne/Photo: Public Domain

Coraz bardziej pogarsza się kryzys związany z uchodźcami z Syrii. Już ponad 4 mln mieszkańców opuściło kraj i uciekinierów wciąż przybywa. Dziennik Washington Post zacytował jednego z nich: “Wszyscy, których znam uciekają. Wydaje się jakby cała Syria się wyludniała.”

Skutek tej masowej wędrówki ludu odczuwają nie tylko sąsiadujące kraje ale również Europa, a nawet Stany Zjednoczone, które mając świadomość, że Państwo Islamskie może przemycać swoich agentów do krajów Zachodnich próbują sobie poradzić z zapewnieniem bezpiecznego miejsca dla tysięcy uciekinierów

W ferworze dyskusji o tym ile i jaki kraj ma przyjąć do siebie uchodźców straciliśmy z oczu rzeczywiste rozwiązania – które mogłoby poprawić znacząco sytuację kraju, z którego ucieka tak wielu Syryjczyków. Od początku gdy wybuchł otwarty konflikt w 2011 r. przekonywałem wraz z innymi ekspertami do utworzenia “bezpiecznych stref” wzdłuż granicy z Turcją i Jordanią, w której Syryjczycy mogliby mieszkać bezpiecznie i niezagrożeni atakami.

Jeśli skorzystanoby z tej rady wówczas kryzys uchodźców mógłby zostać zażegnany. Stany Zjednoczone mogły przeprowadzić podobne działania jak Operacja Wprowadzenia Spokoju, której celem była obrona regionu Kurdów w Iraku przed gniewem Saddama Husseina od 1991 r. Nawet jeśli taka operacja nie przyspieszyłaby upadku Bashara Assada – do czego najprawdopodobniej by doszło – to z pewnością pozwoliła Syryjczykom mieszkać bezpiecznie, a nie w stanie zagrożenia bombardowania bombami kasetonowymi. Przypuszczalnie zapobiegłaby też powstaniu Państwa Islamsiego lub przynajmniej ograniczyłaby jego wpływy.

Oczywiście jak wiemy Obama nie skorzystał z tej rady. Koncentrując się na znacznie większym ryzyku interwencji amerykańskiej zignorował kwestię rozwiązania, które nie było interwencją. Obecnie znacznie trudniej zapewnić bezpieczeństwo w tych strefach i wymaga to większego zaangażowania Stanów Zjednoczonych i sojuszników niż wtedy gdy umiarkowane siły rebeliantów z Armii Wolnej Syrii były znacznie silniejsze niż dzisiaj.

Pusta retoryka na temat utworzenia wraz Turcją strefy “wolnej od Państwa Islamskiego” w pólnocnej Syrii nie zakończyła się żadnym rezultatem i już niczego nie zmieni. USA nie może polegać na Turcji by samodzielnie strzegła takich stref bezpieczeństwa (wykorzysta bowiem to najprawdopodobniej jak wymówkę do ataku Kurdyjskich oddziałow YPG). Nie może też polegać w tej sprawie na “4 lub 5” pięciu przeszkolonych partyzantach- dosłownie! – , które USA wysłały w zeszłym roku (jak przyznał ze spokojem niedawno Gen Llyod Austin z Centrum Dowództwa szokując senatorów z Komisji ds Służb Zbrojnych). Utworzenie takiej bezpiecznej strefy wymagałoby znacznie większego wsparcia dla umiarkowanych sił (jak dotąd najbardziej skuteczne są YPG) oraz wprowadzenia stref zakazu lotów oraz przypuszalnie również wprowadzenia wielonarodowych sił stabilizacyjnych z udziałem Turcji, Arabów, Europy i oczywiście również amerykańskich wojsk.

Wprowadzenie tej opcji staje się znacznie trudniejsze po wejściu do Syrii Rosji, która chce wypełnić próżnię. Wprowadzenie stref zakazu lotów chyba jest niezwykle trudne w tej sytuacji. Niemniej jednak choć znacznie łatwiej byłoby wprowadzenie stref z zakazem lotów kilka lat temu to jednak wciąż to rozwiązanie można wprowadzić. Właściwie wydaje się, że biorąc pod uwagę wszystkie trudności w regionie to właśnie rozwiązanie nie ma alternatywy.

Jeśli Zachód nie zrobi nic żeby powstrzymać zbliżającą się hekatombę wskutek wojny domowej w Syriii – toczonej w takim stopniu przez Assada jak Państwo Islamskie – to będzie musiał liczyć się zarówno z humanitarnymi jak i strategicznym konsekwencjami. I to również z jeszcze większą falą uchodźców.