Hillary Clinton. Spotkanie w Georgia World Congress Center podczas kampanii prezydenckiej. 30 stycznia 2008 r/Bret Weinstein/Photo/ Copyright: licensed under CC BY-SA 2.0/ Wikimedia Commons

Hillary Clinton. Spotkanie w Georgia World Congress Center podczas kampanii prezydenckiej. 30 stycznia 2008 r/Photo: Bret Weinstein/ Copyright: licensed under CC BY-SA 2.0/ Wikimedia Commons

Dzisiaj, w niedzielę 12 kwietnia 2015 r., jak twierdzą media, Hillary Clinton ogłosi, że będzie kandydować w wyborach prezydenckich. Nie powinno to dziwić nikogo, a Republikanie nie muszą się niczego obawiać. Pani Clinton nie jest groźnym kandydatem. Udowodniła to w 2008 r. i przekona nas znowu o tym zarówno w tym, jak i w przyszłym roku.

Mąż pani Clinton jest niezwykle uzdolnionym politykiem, ale jej talent polityczny jest  przecięcietny. Potrafi być niemiła, sztuczna i “lubiana w niewielkim stopniu”, by zacytować Baracka Obamę. Ma skłonność do spiskowania i łgania. Ostatnia jej kampania była prowadzona bardzo źle. Jej kariera na stanowiskach publicznych odznacza się skrytością i łamaniem etyki, włącznie z jej skandalicznym (i bezprawnym) postępowaniem odnośnie zatrzymania i wymazania korespondencji e-mailowej, którą prowadziła jako Sekretarz Stanu. Najprawdopodobniej zdobędzie nominację partii, która jest zupełnie intelektualnie wyczerpana. I na dobrą sprawę zajmowała kluczowe stanowisko osoby odpowiedzialnej za politykę zagraniczną, która jest chyba najgorsza w dziejach Stanów Zjednocznych.

Powiedziawszy to trzeba pamiętać, że Pani Clinton wie skąd zdobyć pieniądze, najprawdopodobniej nie znajdzie się w partii silniejszy od niej rywal i (w przeciwieństwie do męża) jest zdyscyplinowana. A dlatego, że jest kobietą, jej wybór miałby znaczenie historyczne w takim sensie, jak zwycięstwo Obamy w konteście rasowym. Nie można zlekceważyć politycznej siły tego faktu.

Oto prognoza postawiona na początku kampanii Clinton – zarówno ona, jej sztab i partia będą zaobsorbowani kwestiami kulturowymi i podejmą próbę takiego podziału Amerykanów, którego jeszcze dotychczas nie byliśmy świadkami. Clinton tak postąpi ponieważ jest liberałem i nie ma wiele do powiedzenia w sprawach polityki gospodarczej czy zagranicznej. Pani Clinton rozpocznie kampanię z przekonaniem, że “wojny kulturowe” to dla niej najlepszy i najbezpieczniejszy grunt polityczny. Przedstawi Republikanów jak żołnierzy na “wojnie z kobietami” w taki sposób, że wcześniejsze próby będą pestką wobec tego co zrobi w czasie swojej kampanii. Wypaczenia, mentalność tłumu, i kampanię oszczerstw, które charakteryzowała reakcja lewicy na propozycję uchwalenia Religious Freedom Restoration Act (ustawy o wolności religijnej, projektu rządu federalnego, podpisaną przez Clintona) będą pomnożone przez nią sto razy. Clinton jeśli tylko mogłaby, to opowiadałaby do listopada 2016 r jedynie o środkach antykoncepcyjnych, aborcji, ewolucji, zrównaniu prawnego statusu związków homoseksualnych z instytucją małżeństwa, i równej płacy za tę samą pracę.

Rok 2010 to nie lata 1970. i 1980. kiedy koncentrowanie się na problemach i systemach kulturowych pomagało Republikonom. To raczej czas, który scharakteryzował Robert Brownstein w National Journal:

Podobnie jak Republikanie posługiwali się argumentami kulturowymi atakując przeciwnika politycznego pod koniec 20 wieku, tak teraz Demokraci, od Obamy do dółów [partyjnych], kładą na to silny nacisk wierząc, że ich poglądy reprezentują większość opinii publicznej.

Doświadczony strateg polityczny Stanley B. Greenberg uchwycił tę niemal bezprecendensową pewność Demokratów oświadczając: “Republikanie znaleźli się po stronie przegranych wobec tych wszystkich trendów”.

Nie znaczy to wcale, że kandydat Republikanów musi stać się socjalitycznym liberałem. Ani też, że Republikanin nie może odeprzeć tych ataków, czy nawet część z nich wykorzystać. (Zajmę się tym problemem w następnym tekście). Jednak potrzebny będzie kandydat, który będzie mógł bronić prawdy moralnej, tradycji i podstawowych praw (jak wolność religijna)w sposób, który wyborcy będą postrzegać jako pryncypialny i łaskawy, a nie jak agresję i wydawanie wyroków. Wyborcy muszą widzieć, że kandydaci upowszechniają dobro i bronią ludzkiej godności, a nie jak starotestamentowi prorocy lamentują z powodu utraconego stylu życia. Ostrzeganie Amerykanów przed zsuwaniem się na poziom Gomory nie będzie skuteczne i nie należy tego nawet próbować.

Napisałem kiedyś w innym miejscu, że jeśli chrześcijanie zastanawiają się w jaki sposób oddziaływać na współczesną kulturę, to powinni wziąć przykład z papieża Franciszka, a nie Franklina Grahama. Republikanie powinni pomyśleć o zrobieniu czegoś podobnego. Papież Franciszek w nadzwyczajny sposób wpłynął na zmianę spojrzenia na instytucje, które reprezentuje zyskując sprzyjające oceny – nie przez zmianę doktryny, ale poprzez postępowanie i sposób wypowiadania się, który odznacza się łaskawością i autentycznym ludzkim współczuciem.

Większość Republikanów będzie chciało uniknąć dyskusji na tematy kulturowe koncentrując się na gospodarce i polityce zagranicznej. I chyba tak powinni zrobić  na tyle, ile to będzie możliwe. Ale trzeba mieć również świadomość, że Hillary Clinton i posłuszne media nie pozwolą im zupełnie pominąć tej debaty. Zatem lepiej jest zacząć się przygotowywać do niej od dziś.