United States President Barack Obama and Russian President Vladimir Putin walk to the G8 Summit dinner following their bilateral meeting in Ireland on 17 June 2013./Pete Souza, Public Domain

United States President Barack Obama and Russian President Vladimir Putin walk to the G8 Summit dinner following their bilateral meeting in Ireland on 17 June 2013./Pete Souza, Public Domain

Obama skłania się ku silniejszym, ignoruje słabszych.

 

Prezydent miał nadzieję wzmocnić swoją pozycję polityczną okropnie stronniczym przemówieniem w stylu kampanii wyborczej. Jednak wygląda na to, że w końcu media straciły cierpliwość w tej grze. Komentatorzy zarówno stacji NBC News, jak i MSNBC, byli nieufni co do interpretacji polityki zagranicznej przedstawionej przez Obamę. Korespondent New York Times przy Białym Domu Peter Baker wrzucił nawet do swojej analizy idei Obamy na temat wydarzeń na świecie straszne sformułowanie: “Ale nie wspomniał on o…”

Gdy New York Times uderza w Obamę stwierdzeniami w rodzaju “tak, ale” to już wiadomo, że to jest trudny okres dla prezydenta. I tak Obama nie wspomniał, że: “Rosja kontroluje Krym, półwysep, który odebrała Ukrainie, i wciąż wspiera pro-rosyjskich separatystów toczących wojnę z rządem ukraińskim. Pomimo zawartego rozejmu nie udało się powstrzymać przemocy.”

Obama po prostu przechwalał się, że czeka na odejście Władimira Putina kiedy gospodarka Rosji zacznie (lub będzie wciąż) chylić się ku upadkowi. Jednak następne zdanie analizy Bakera ukazuje niespójność sposobu myślenia Obamy o polityce zagranicznej: “Gospodarka rosyjska rzeczywiście dostała silne uderzenie, przede wszystkim ze względu na spadek cen ropy, ale jak dotąd Putin nie zrobił niczego co mogłoby wskazywać na to, że się cofa.”

I to jest istotą tej różnicy opinii. Obama sądzi, że odniósł zwycięstwo, ale większość realnie myślących ekspertów zupełnie się z nim nie zgadza. Bo Obama nie dostrzega wagi wydarzeń w państwach, które, przynajmniej według niego, nic nie znaczą. To jest pewnego rodzaju polityka wielkiego mocarstwa pozbawiona wszelkich niuansów. Ktoś kto chce uprawiać politykę wielkiego mocarstwa sądzi, że na tym właśnie ona polega, ale, w istocie zupełnie nie rozumie jej złożoności.

Bo to ważne państwa, a przynajmniej tak postrzega je Obama, odgrywają kluczową rolę. I w efekcie, jego uwagę przyciąga większy – bo Obama nie jest przywódcą tylko naśladowcą. Nie chce konfliktu z Rosją nawet jeśli to oznacza, że Rosja zniszczy sąsiednie państwa, które USA zobowiązały się bronić. Politykę zagraniczną Obamy cechuje syndrom Jałty.

A najważniejsza część tekstu Bakera na temat polityki zagranicznej Obamy, która jest oderwana od rzeczywistości dotyczy: tak zwanego państwa islamskiego i wojny z terrorem. I tak rozpoczyna się ten artykuł:

Początkowo miało to być przemówienie na tematy sytuacji Unii (State of the Union), w którym prezydent Obama stanie przed narodem i oświadczy, że spełnił obietnicę i zakończył dwie wojny za granicą. Tylko, że te wojny nie chciały z nim do końca współpracować.

Obama wyprowadził wojsko z Iraku w 2011 r. i wydał rozkaz wycofania wszystkich “sił zbrojnych z Afganistanu do końca 2014 r. Zanim zdołał jednak założyć maskę rozjemcy w czasie przemówienia, Obama musiał wysłać wojska z powrotem do Iraku ze względu na działalność grupy terrorystycznej nazywanej państwem islamskim, a sytuacja w Afganistanie zmusiła go do pozostawienia trochę więcej wojska niż wcześniej planował.

Od objęcia urzędu prezydenta przez Obamę ilość armii USA za granicą zmniejszyła się do 15 ze 180 tys sześć lat temu. Sytuacja w obu krajach nie jest jednak jasna, ani stabilna jak chciał tego prezydent. Wraz z jego odejściem wojny za granicą nie zakończą, a przynajmniej jedna z nich nie będzie rozstrzygnięta.

Nawet w tej analizie są niedopowiedzenia, ale zasadniczo trafia w sedno. Dlaczego prezydent nie jest rozjemcą skoro zakończył lub prawie zakończył dwie długie wojny, w których walczyły Stany Zjednoczone? Na to pytanie można dać standardową odpowiedź, która jest poprawna ale nie pełna: zakończenie wojny nie jest tym samym co zwycięstwo. Nie można ukryć jeśli się odchodzi zostawiając niewykonaną pracę.

Dlatego także, że Obama został wybrany żeby być rozjemcą w tej szczególnej erze. Terroryzm od dłuższego czasu stanowił dla nas problem, ale zamachy 11 września zmieniły nasz pogląd na naturę zagrożenia, a także naszą strategię walki z nim. Operacje naziemne wydają się być reliktem przeszłości – nawet chociaż Rosja udawadnia, że wciąż mogą się wydarzyć. Jednak znacznie trudniej zapobiec wojnie asymetrycznej jak pokazują zarówno wydarzenia w USA, a zwłaszcza w Europie.