Plakat wyborczy prezydenckiej Partii Sprawiedliwość i Rozwój w wyborach 2015 r. Gaziantep. Turcja. /Photo: Adam Jones/Rights: CC BY-SA 2.0

Plakat wyborczy prezydenckiej Partii Sprawiedliwość i Rozwój w wyborach 2015 r. Gaziantep. Turcja. /Photo: Adam Jones/Rights: CC BY-SA 2.0

Coś się mocno zepsuło w Anatolii. Nic we współczesnej Turcji nie dzieje się już przez przypadek nawet chociaż część zachodnich dziennikarzy określa wygraną prezydenckiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) Recep Tayyip Erdoğana w niedzielnych wyborach mianem “niespodziewanego miażdżącego zwycięstwa.” Instytucje państwa są tak mocno skorumpowane, że tylko niemądry może sądzić iż wynik wyborów przedstawia wolę Turków.

Dziennik Hürriyet napisał, że:

Po przeliczeniu niemal wszystkich kart do głosowania AKP zdobyła około 49,4 proc. głosów uzyskując 315 mandatów w 550 miejsc Parlamencie. Do zmiany konstytucji na system prezydencki, którego chce Erdoğan partia potrzebuje 367 mandatów choć 330 pozwoliłoby przeprowadzić referendum.

Ta sytuacja przypomina sytuację w czerwcu kiedy to AKP straciła większość i nie mogła utworzyć koalicji ze względu na pogarszającą się sytuację gospodarczą. Tym razem jednak Erdoğan nie ryzykował. Kurdyjska Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) utrzymała swoje poparcie powyżej 10 proc. progu ale osłabła jej pozycja. To nie jest nic dziwnego biorąc pod uwagę fakt, że Erdoğan przy pomocy sił bezpieczeństwa przeprowadzał kilkudniową kwarantannę miast dokonując aresztowań Kurdów w oparciu o sfabrykowane zarzuty i robił wszystko co mogłoby doprowadzić do wojny domowej na ogromną skalę. Bo przecież prezydent uderza w Kurdów nie z powodu jego troski o bezpieczeństwo narodowe, a raczej w celach politycznych. A rodzynkiem na jego torcie był moment gdy jego reżim nie zrobił nic by zapobiec masakrze, mimo iż policja miała wiarygodne informacje, że islamscy terroryści planowali atak na demonstrację organizowaną przez Kurdów.

Tureccy analitycy twierdzą, że współczynnik oszustwa wyborczego Erdoğana wynosi około 5 proc. Kryją się za tym także podrobione karty wyborcze, sztuczki dokonywane na pokładach samolotów państwowych linii Turkish Air wiozących karty za granicę, zniknięcia owych kart z urn wyborczych w zdominowanych przez opozycję władzach miast i dzielnic, a także wszystkie działania burmistrza Ankary. Wygląda na to, że w niedzielnych wyborach partia Erdoğana zdobyła setki tysięcy głosów zmarłych wyborców. W tym wypadku Chicago wygląda jak amator na tle Ankary.

Co teraz się stanie w Turcji? Niektórzy tamtejsi liberałowie i Kemaliści mogą się pocieszać faktem, że AKP nie zdobyła większości głosów do przegłosowania nowej konstytucji. Ale mogą partii prezydenckiej nie być potrzebne ponieważ jest w stanie zebrać wystarczającą ilość głosów do ogłoszenia referendum, na  wynik którego Erdoğan wpłynie przy pomocy represji służby bezpieczeństwa i łgarstwem w żywe oczy.

Najwyższy czas stwierdzić, że nie ma już takiej Republiki Turcji, którą sobie wyobrażał Atatürk. Część Waszyngtonu dostosuje się do nowej sytuacji upadku Turcji. Trzeba przecież zarobić: na przykład dla think-tank Atlantic Council Turcja jest tak samo ważna, jak Katar dla Brookings. Turcy jednak stoją przed niedwuznacznym wyborem – mogą zgodzić się na to, żeby Erdoğan odniósł sukces realizując swój cel “wychowania religijnego pokolenia” i żeby zmienił system polityczny nie tylko na jednopartyjny, ale raczej na jednoosobową dyktaturę lub walczyć na ulicach i w górach. Turcy ani państwa regionu nie mają dobrego wyboru.