Centrum miast Battambang, Kambodża/ Courtesy of VCambodjaNl

W okresie 20 lat, podróżując po 67 państwach, przekonałem się, że część rządów prowadzi wredną politykę, ale  spotkałem również dobrych ludzi.

Najgorsi sterują wszystkimi reżimami – zauważył laureat Nagrody Nobla, austriacki ekonomista F.A. Hayek w swoim znanym dziele Droga do zniewolenia – i jest to jeszcze jeden powód przemawiający za ograniczonym rządem, jeśli potrzebowalibyśmy innego uzasadnienia. Jak napisał Hayek: „Pozbawieni skrupułów i zahamowań mają większe możliwości odniesienia sukcesu” w każdym społeczeństwie, w którym rząd zdominował życie i gospodarkę. Dokładnie w takich warunkach władza poprzedza perswazję, siła współpracę, a arogancja pokorę.

Dlatego zawsze zapisuję sobie informacje o dobrych ludziach, którzy udzielają pomocy wbrew lub po prostu bez jakiegokolwiek wsparcia rządu. Niektórzy mogą stwierdzić, że świadczy to tylko o moim uprzedzeniu. Ale we współczesnej kulturze zdominowanej przez elity mediów, uniwersyteckie lekkoduchy czy mandarynów ze szkół publicznych to nie działalność rządu umyka naszej uwadze. Oni sądzą, że rząd ma nieograniczone możliwości zaspokajania naszych potrzeb. To inicjatywa prywatna dziś znajduje się pod ostrzałem. To gest współczucia kogoś, kto nie jest politykiem traktowany jest jako niewiarygodny, a on sam niepoprawnie chciwy i beznadziejnie zdezorganizowany.

Przedstawiam tutaj dwie opowieści o bardzo dobrych osobach, które spotkałem na dwu przeciwnych krańcach ziemi. Będę szczęśliwy, jeśli któraś z nich rozpali wiarę w możliwości prywatnej inicjatywy.

Głównym bohaterem pierwszego opowiadania jest Nicholas Winton. Kiedy chmury wojenne zbierały się nad Europą w latach 1938-1939, był młodym maklerem giełdowym w Londynie. Przyjaciel przekonał go, żeby zamiast jechać do Szwajcarii wybrał się na święta Bożego Narodzenia w 1938 roku do Czechosłowacji. Był zaskoczony widokiem żydowskich uciekinierów w prowizorycznym obozie niedaleko Pragi w grudniu 1938 roku. Większość z nich wyrzucono ze swoich domów przez Niemców Nazistowskich z Sudetów, części Czechosłowacji, którą we wrześniu 1937 roku oddano Hitlerowi w Monachium.

Winton mógł wrócić na wakacje do Szwajcarii do wygodnego życia, z którego zrezygnował. Jak samotny obcokrajowiec może pomóc uwięzionym rodzinom? Winton zignorował przemówienie „pokój w czasie nam współczesnym” (słynne przemówienie premiera Wielkiej Brytanii Edena) bo wiedział, że Europa znajduje się w obliczu wojny i dla tych zdesperowanych czas się kończy. To czego dokonał ostatecznie uratowało 699 dzieci przed śmiercią w niemieckim obozie koncentracyjnym.

Makler giełdowy pomógł ofiarom prześladowanym przez socjalistyczny rząd? Prawda, że ta historia rozbija na drobne kawałki mit Marksa o „świadomości klasowej”?

Rodzice bardzo chcieli, żeby ich dzieci znalazły się w bezpiecznym miejscu, nawet jeśli oznaczało to rozłąkę z nimi. Jednak wydawało się niemożliwe znaleźć państwo, które chciałoby je przyjąć. Nicholas Winton nie tracił ani chwili. Zwrócił się z prośbą do rządów różnych państw na całym świecie, żeby otworzyły drzwi, ale spotkał się z odmową ze strony niemal wszystkich z wyjątkiem Szwecji i Wielkiej Brytanii. Zebrał do pomocy małą grupę woluntariuszy, do której przyłączyła się nawet jego matka.

Z listą nazwisk 5 tysięcy dzieci szukał dla nich rodzin zastępczych w Wielkiej Brytanii. Brytyjskie gazety wydrukowały jego ogłoszenia, w których podkreślał potrzebę szybkiego działania. Kiedy znalazła się wystarczająca liczba chętnych, złożył odpowiednie dokumenty do Home Office i wraz z woluntariuszami zorganizował transport dzieci koleją i statkiem do Wielkiej Brytanii. Zebrał fundusze potrzebne do sfinansowania tego przedsięwzięcia.

Pierwszychdwadzieścia „dzieci Wintona” wyjechało z Pragi 14 marca 1939 roku. Następnego dnia oddziały Hitlera zajęły Czechosłowację, ale grupa Wintona nie przerwała pracy, czasami przygotowując falsyfikaty dokumentów, żeby przemycić dzieci przez granicę. Do wybuchu II wojny światowej udało się uratować 699 dzieci w ośmiu osobnych grupach. Ostatnia miała być największa, liczyłaby 250 dzieci, ale wojna uniemożliwiła zorganizowanie im wyjazdu. Co smutne, żadne z tych dzieci ani ich rodzice nie zobaczyli Aliantów sześć lat później.

Dlaczego Nicholas Winton podjął się tego zadania, które ignorowali inni? Mój kolega Ben Stafford zadał mu to pytanie, odwiedzając go w jego domu w Maidenhead w Anglii. Wilton miał wówczas 97 lat, ale wyglądał i rozmawiał z takim wigorem, jakby był dużo młodszy. „Ponieważ byłem przekonany, że mogę pomóc i należało to zrobić” – odpowiedział. Dzisiaj „dzieci Wintona” mają już dzieci i wnuki. I jest ich razem 5 tysięcy.

 

 

Dobry Samarytanin

Nie znam nazwiska osoby, o której opowiada druga historia. Spotkałem ją w zrujnowanej wojną Kambodży w sierpniu 1989 roku.

Przed moim wyjazdem do południowo-wschodniej Azji lokalne media opisały działania charytatywne lekarzy, którzy podarowali mi lekarstwa dla szpitala w Phnom Penh, stolicy Kambodży. Po ukazaniu się jednego z tych artykułów zadzwoniła do mnie kobieta, która powiedziała, że kilka lat wcześniej jej kościół pomógł kambodżańskim rodzinom uciec przed prześladowaniem Czerwonych Khmerów i osiedlić w Midland w Michigan. Od tego czasu rodziny przeprowadziły się do innych miast, ale utrzymywały kontakt z tą kobietą i ich przyjaciółmi w Midland.