Obama_Israel_1

Barack Obama w Izraelu. /Photo: by Therese A.M./Copyright:. licencja CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons

Prezydent Obama w wywiadzie przeprowadzonym przez Thomasa Friedmana dla New York Times stwierdził, że jest zasmucony iż wszyscy kwestionują jego poparcie dla Izraela a także jego respekt w stosunku do zaniepokojonych o bezpieczeństwo żydowskiego państwa.  Nie będąc usatysfakcjonowany tylko zapewnieniem swojego oddania dla Izraela stwierdził, że “osobiście z trudnością” odbiera taką krytykę oraz iż uznałby swoją prezydenturę za “porażkę” jeśli jakiekolwiek jego decyzje osłabiłyby państwo żydowskie.

Sześć lat niekończących się prób podkopywania dyplomacji izraelskiej, a przez ostatnie miesiące gorzka, osobista i nawet wulgarna krytyka premiera Izraela, której szczytem była groźba izolacji  państwa żydowskiego w ONZ sprawiają, że protest Obamy zakrawa na absurd jeśli nie  fałsz. Izraelczycy mogą przynajmniej się pocieszyć, że próbował bagatelizować wywołany przez siebie kryzys w stosunkach z państwem żydowskim, chcąc przekonać Kongres do swojej polityki łagodzenia wobec Iranu.  Jednak wystarczyło 24 godz. by Obama odpowiedział na własne pytanie dlaczego tak wielu Amerykanów i Izraelczyków kwestionuje jego postawę wobec Izraela. W innym wywiadzie z jeszcze jednym sprzyjającym mu dziennikarzem, tym razem z National Public Radio, Obama odrzucił sugestię, że, w ramach układu nuklearnego, Iran powinien uznać państwowość Izraela. Obama się temu sprzeciwił, bo jego zdaniem oznaczałoby to sugestię zmiany charakteru politycznego reżimu. Krytycy odpowiadając Obamie muszą stwierdzić, że właśnie dlatego reżimowi nie można ufać i zostawiać do jego dyspozycji infrastrukturę nuklearną.

Obama powiedział w rozmowie ze Steve’m Inskeep z NPR:

Twierdzenie, że w ramach układu, podlegającego kontroli, postawimy Iranowi warunek, którym będzie uznanie Izraela oznacza, że nie zawrzemy układu dopóki w Iranie nie dojdzie do politycznej transformacji systemu. A to, jak sądze, jest błędne mniemanie.

Obama stwierdzil później, że nie może zawrzeć układu w taki sposób, ponieważ on stawia sobie za cel powstrzymanie Iranu od budowy broni jądrowej i nie może liczyć na to, że reżim się zmieni.

To stwierdzenie tylko pozornie ma sens. Jak gdyby jeszcze nie napisany układ gwarantował, że Iran nigdy nie wejdzie w posiadanie broni nuklearnej. I jakby dlatego właśnie prezydent Stanów Zjednoczonych mógł ignorować charakter ustroju politycznego irańskiego reżimu. Mimo, że Obama podejmuje nadzwyczajny wysiłek, by ten pogląd sprzedać, to jednak nie może uczciwie twierdzić, że to jest prawda. Prezydent nieustannie ustępując w czasie negocjacji pozwolił reżimowi zachować infrastrukturę nuklearną, włącznie z bunkrem w Fordow, nie zmusił go do wywiezienia paliwa nuklearnego za granicę ani do ujawnienia informacji na temat prowadzonych badań nuklearnych, a także ogłosił datę końcową układu. Wszystko to znaczy, że Iran może, jeśli będzie cierpliwy, powrócić do budowy bomby, którą zdobędzie niedługo potem, gdy porozumienie przestanie obowiązywać. A jeśli będzie niecierpliwy to może łatwo drogą oszustwa zdobyć bombę wskutek słabości układu i braku prawdziwych, ostrych kontroli reżimu oraz możliwości ponownego nałożenia sankcji przez Zachód.

W najlepszym wypadku Obamie udało się opóźnić zdobycie bomby przez Iran. W najgorszym pozwolił mu niemal ją zdobyć za zezwoleniem Zachodu i po uniemożliwieniu wspólnocie międzynarodowej odtworzenia koalicji na czele z prezydentem Stanów Zjednoczonych, która mogła sprawić iż Iran znalazłby się kolanach stosując ostrą politykę, zamiast kłaniać sie przy każdej okazji. Stało się tak dlatego, że przez cały ten czas celem Obamy była polityka détente w stosunku do agresywnego, antysemickiego i dyktatorskiego reżimu, a nie próba spełnienia obietnicy złożonej w czasie kampanii prezydenckie 2012 r dotyczącej eliminacji nuklearnego programu.

A zatem sugestia żeby zmusić reżim do uznania Izraela jest jak najbardziej właściwa. Warto zapytać dlaczego układ zupełnie pominął problem wsparcia terroryzmu przez Teheran i jego częste groźby unicestwienia Izraela, a jednocześnie umocnił Iran w czasie gdy jego walka o hegemonię w regionie za pośrednictwem wojen w Jemenie, Iraku, Syrii, a teraz i w Gazie wprawia w przerażenie Izraelczyków i umiarkowanych Arabów.

Prezydent ma rację, że domaganie się do Iranu zmiany retoryki w stosunku do Izraela, nie mówiąc już o jego polityce, której celem jest wymarzone zniszczenie tego kraju oznacza podjęcie starań na rzecz transformacji teokratycznego rządu. Ale właśnie dlatego każdy układ, który zostawia w rękach ludzi mających taki cel tysiące wirówek atomowych, składy paliwa jądrowego oraz prawo do zbudowania bomby za 15 lat jest jednoznaczny ze stwierdzeniem niech szlag trafi te uzasadnione lęki Izraela przed Iranem!

Symulowanie przez Obamę zranionych uczuć z powodu krytyki, że chce podważyć sojusz Izraela i USA było nie licuje z urzędem prezydenta. Jeśli nie poświęcił większości czasu w okresie swojej prezydentury (z wyjątkiem jednego roku łaski, gdy starał się oczarować Zydów – co było związane z kampanią na rzecz reelekcji)  atakom na Netanyahu, przechylaniu boiska dyplomacji w kierunku Palestyńczyków i ignorowaniu odrzucania zawarcia pokoju przez tych ostatnich, to wówczas nie byłoby żadnego usprawiedliwienia dla zakwestionowania jego wiarygodności przyjaciela Izraela.