F22 Raptor/Photo Courtesy of USAF

Prezydent Barack Obama oświadczył w czasie wizyty wiceprezydenta Chin Xi Jinpinga w lutym, iż „cieszymy się z pokojowego odrodzenia Chin i jesteśmy przekonani, że silne i bogate Chiny pomogą wprowadzić stabilizację i zamożność w regionie i świecie”. Niewielu prezydentów zdobyło się na takie szokująco obłudne stwierdzenie. Ponieważ mówiąc o tym, Obama równocześnie nadzorował zmianę w doktrynie wojennej, która opiera się na dogmacie, że Chiny są, i będą przynajmniej w następnym pokoleniu, stanowić główne militarne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych.

W listopadzie 2011 roku Pentagon dokonał nadzwyczajnej zmiany w strukturze armii amerykańskiej, otwierając nową jednostkę biuro ds. wojny morskiej i powietrznej. Trzej starsi oficerowie poinformowali dziennikarzy o programie Koncepcja bitwy powietrzno-morskiej, który był dotąd tajny. Jego idea dotyczy integracji sił powietrznych, marynarki wojennej i Marine Corps, a także innych podmiotów, aby odnieść zwycięstwo nad, jak to określił Pentagon, „bronią anty-dostępową i utrudniającą wejście na pewne obszary” – bronią wykorzystującą wysokie technologie, które mogą powstrzymać lub odeprzeć wojska Stanów Zjednoczonych z pewnych terenów. Spotkanie z dziennikarzami miało szczególny charakter ze względu na niejasny i wprowadzający w błąd język oficerów, którym opisywali intencje nowej jednostki. Przyciśnięty pytaniem, czyje działania mają być celem nowej strategii jeden z urzędników odpowiedział: „Idea nie dotyczy żadnego aktora, tylko przeciwdziałaniu broniom anty-dostępowym i utrudniającym wejście na pewne tereny”. Choć Departament Obrony korzysta na forum publicznym z możliwości pominięcia wrażliwych kwestii, to jednak nawet według tych standardów był to imponujący pokaz niejednoznaczności.

 

Ale to była zamierzona niejednoznaczność. Prawda jest taka, że koncepcja wojny powietrzno-morskiej jest zakończeniem bitwy strategicznej, która rozpoczęła się dwadzieścia lat temu w Pentagonie i administracji Stanów Zjednoczonych, o sposób radzenia sobie z jednym aktorem: Ludową Republiką Chin. Ukryta prawda na temat zmiany, która zaszła w listopadzie polega na tym, że wojsko zdjęło rękawiczki w ramach inicjatywy prowadzenia wielkiej wojny, żeby uzyskać przewagę nad chińską nową bronią, która może pozwolić ich słabszym siłom wojskowym odnieść zwycięstwo nad Stanami Zjednoczonymi podczas wojny w regionie. Niechęć do publicznego wskazania na agresywność Chin jako impulsu dla tej koncepcji jest fortelem zmiękczającym zwolenników szkoły polityki zagranicznej „łagodnych Chin” – przegrywającej strony długiej wewnętrznej wojny politycznej.

 

Ideologicznym ojcem szkoły „łagodnych Chin” jest profesor z Harvardu i były urzędnik ds. polityki obronnej w administracji Clintona Joseph S. Nye. W 1995 roku Nye wyraził pogląd, że jeśli Stany Zjednoczone będą traktować Chiny jak zagrożenie, to Państwo Środka stanie się zagrożeniem. Nye, który jest także jednym z prekursorów szkoły miękkiej władzy (soft power), zgodnie z którą uprawia swoją politykę sekretarz Hillary Clinton, nazwał pogląd o zagrożeniu chińskim samospełniającym się proroctwem, z którego cieszyć się mogliby jedynie podżegacze wojenni czy kontraktorzy Departamentu Obrony. Akceptacja koncepcji bitwy powietrzno-morskiej oznacza zerwanie ze zużytym dogmatem, jakim jest pogląd Nye’a na Chiny.

 

Jednak, jak wyraźnie pokazuje przyjęcie koncepcji wojny powietrzno-morskiej, Amerykanie nie mają powodu do radości w obliczu zagrożenia z Pekinu. Jeśli któraś ze stron tej trwającej dekadę dyskusji na temat polityki opierała się na proroctwie to z pewnością reprezentanci szkoły łagodnego podejścia. Cześć urzędników Departamentu Obrony i w kręgu wywiadu wielokrotnie nie chciało przyjąć do wiadomości stosu dowodów zdradzających chińskie intencje i możliwości. Blokując przyjęcie realistycznej strategii wobec Chin pozwolili Chińczykom rozbudować zdestabilizowane siły wojskowe i doprowadzili do tego, że Waszyngton pewnego dnia będzie musiał zdecydować się na ryzykowne wyrównanie sił.

 

Historia wojny powietrzno-morskiej rozpoczyna się na początku lat 90., kiedy amerykańskie agencje wywiadowcze zdobyły informację wskazującą na to, że chińskie wojsko uważa Stany Zjednoczone za swoje największe zagrożenie. Odkrycie wprawiło w zakłopotanie wielu urzędników wyższych formacji rządowych odpowiedzialnych za kreowanie polityki. Rozkochani Chinami chcieli zachować i rozszerzyć to, co ich zdaniem było wielkim postępem w amerykańsko-chińskich stosunkach a co zaaranżował Henry Kissinger w latach 70.  Święcie przekonani, że chiński reżim komunistyczny był odmienny od sowieckiego, chcieli utrzymywać dobre stosunki z partnerem i sojusznikiem Stanów Zjednoczonych.

 

Zarówno szpiegowskie jednostki, jak wytrwali uczeni podjęli wysiłek poszukiwania prawdy o chińskich zbrojeniach. Głównym przykładem tych ostatnich jest Mark Stokes. W 1992 roku major lotnictwa i asystent attaché wojsk lotniczych w ambasadzie amerykańskiej w Pekinie zaryzykował karierą, wybierając się w podróż do baz wojskowych na południu Chin. Stokes pojechał pociągiem z Pekinu do Hunan, gdzie inteligentnie zmylił chiński wywiad, wsiadając i wysiadając z taksówek, by w końcu dotrzeć do bazy wojskowej. W tym czasie Ludowa Armia Wyzwoleńcza rozpoczynała olbrzymie zbrojenia, czego najbardziej wyraźnym dowodem było rozmieszczenie licznych pocisków wycelowanych w Tajwan. Stokes odkrył, że zbrojenia, które jego zwierzchnicy traktowali jako nieznaczne, postępowały szybciej niż się spodziewano. Chińskie siły rakietowe nie tylko przygotowywały się do zaczepnego masowego ataku na Tajwan, ale także do możliwego ostrzelania sił amerykańskich w Japonii i na wyspie Guam na Pacyfiku. Odkrycie Stokesa zostało przekazane wyżej i stało się podstawą zmiany sposobu myślenia Departamentu Obrony o Chinach. Jego wkład w zmianę staje się jeszcze bardziej imponujący, kiedy uświadomimy sobie, że jednym z jego szefów był kontradmirał Eric McVadon czołowy orędownik szkoły „łagodnych Chin” w Pentagonie przekonany, że chińska armia jest przestarzała.