Ronald Reagan pod Bramą Brandenburską / Photo Courtesy of Reagan Presidential Library

Dokładnie 25 lat temu prezydent Ronald Reagan wygłosił przemówienie, które – jak uważa wielu jego biografów –  przyspieszyło proces przemian w Europie Środkowej. Prezydent wypowiedział wówczas słowa, których do tej pory żaden dyplomata zachodni głośno nie odważył się powiedzieć: iż symbol uwięzienia przez Związek Sowiecki narodów europejskich może niebawem upaść. Ten fakt zmienił świadomość wielu ludzi Zachodu.

Prezydent Reagan, znając siłę słowa – jak podkreśla jeden z redaktorów przemówień Peter Robinson – świadomie wzmacniał przekonanie o potędze wolności zakorzenionej w chrześcijaństwie. Reagan podkreślał, że to jest właściwy grunt  dla demokracji.

Robinson twierdzi, że tryptyk trzech przemówień przypuszczalnie znalazł największy rezonans poza granicami Stanów Zjednoczonych. Było to przemówienie do przywódców Kościołów i dziennikarzy chrześcijańskich znane jako przemówienie o „Imperium Zła”; do brytyjskiego Parlamentu i pod Bramą Brandenburską. Pierwsze prezydent wygłosił w 1983 roku, a dwa pozostałe w czasie swojej drugiej wizyty w Europie w czerwcu 1987 roku. Dziś rozmawiamy o ostatnim z  nich.

Czy sądził pan, że właśnie to przemówienie będzie przełomowe?

Przemówienia, które pisaliśmy, nie wydawały się mieć dużego wpływu na świat zewnętrzny. Czasami słyszeliśmy, że wprawiały w gniew sowieckich przywódców. Dowiedzieliśmy się na przykład, że sowiecki ambasador Anatolij Dobrynin w czasie spotkań z sekretarzem stanu wielokrotnie narzekał z powodu przemówień prezydenta Reagana. Po wizycie obrońcy praw człowieka Anatolija Szarańskiego, który właśnie wyszedł z gułagu, wiedzieliśmy zaś, że słowa prezydenta Stanów Zjednoczonych docierają także do rosyjskich obozów koncentracyjnych. Szarański, który był więziony przez osiem lat w tych obozach, opowiadał, że więźniowie  na skrawkach papieru przesyłali sobie fragmenty wypowiedzi Reagana. Bardzo się z tego cieszyliśmy, ale na podstawie tych faktów ciężko było stwierdzić, czy przemówienia te zaczynają siać ferment w sowieckim obozie. Po wystąpieniu pod Bramą Brandenburską miałem tylko jeden dowód na to, że przyniosło ono praktyczny rezultat. Jeden z członków Rady Bezpieczeństwa Narodowego powiedział, że wywiad amerykański przechwycił  tajną korespondencję między Moskwą a Niemcami Wschodnimi. Jak się okazało, Sowieci chcieli, by reżim enerdowski sprawił, by mur nie był tak źle odbierany przez Zachód; żeby otworzyli więcej przejść granicznych i wprowadzili ułatwienia dla tych, którzy chcą odwiedzić swoje rodziny. Jak powiedział mi ów rozmówca, każde pokolenie sowieckich przywódców musi się przekonać, że mur jest katastrofą dla ich wizerunku publicznego.

Ale prezydent wezwał do zlikwidowania muru także w sensie fizycznym…

Tak tę ideę przedstawił głównemu redaktorowi przemówień Tony’emu Dolanowi. Jednak ja znalazłem inspirację gdzie indziej. Gdy dostałem zadanie napisania przemówienia w kwietniu 1987 roku, wyjechałem do Berlina razem z zespołem przygotowującym wizytę prezydenta. W mieście trwały uroczystości związane z 750. rocznicą jego założenia. Chciałem znaleźć materiał, który mógłbym wykorzystać w przemówieniu. W tym celu spotkałem się z wyższej rangi dyplomatą amerykańskim. Od niego dowiedziałem się, czego prezydent nie powinien powiedzieć. Bo berlińczycy mają przekonania lewicowe, posiadają dużą wiedzę politologiczną i odznaczają się wielką erudycją, a poza tym przyzwyczaili się do życia z murem . Dlatego prezydent musi uważać i w żadnym wypadku nie krytykować Sowietów.

O czym pan myślał, patrząc na mur?

Widziałem go z ziemi, ale także z lotu ptaka. Helikopterem wojskowym przelecieliśmy nad miastem. Ta struktura wyraźnie dominowała nad miastem. Gdy przelatywaliśmy nad wieżą strażniczą, żołnierze obserwowali nas przez lornetki. Na ramionach mieli przewieszoną broń automatyczną. Tego dnia spotkałem się również ze znajomymi Amerykanami i ich przyjaciółmi. Postanowiłem skonfrontować opinię, którą przedstawił mi dyplomata. „Czy przyzwyczailiście się do życia z murem” – zapytałem. Zapadła cisza. Po chwili jeden z obecnych mężczyzn powiedział, że tam, za murem, jest jego siostra, której nie widział od 20 lat. Potem zapytał, czy sądzę, iż on się do tego mógł przyzwyczaić? W pewnym momencie gospodyni tego spotkania się zdenerwowała i powiedziała: „Jeśli ten Gorbaczow poważnie mówi o perestrojce i glastnosti to może to udowodnić, pozbywając się tego muru”.  Te słowa zapadły głęboko w mojej pamięci.

 I napisał pan od razu te słynne słowa?

Chciałbym móc to powiedzieć. Nie. To był długi proces. Najpierw napisałem: „Herr Gorbaczow, rozbij ten mur”. Napisałem „ Herr ”, sądząc że to będzie gest wobec niemieckich słuchaczy. Potem zmieniłem to na „zabierz ten mur”.  Mój szef Tony Dolan  stwierdził jednak , że powinienem napisać wszystko od nowa. Druga wersja po poprawkach trafiła do prezydenta i, jak mi powiedziano,  spodobała mu się. Ale to był dopiero początek pracy. Kiedy kilka dni później spotkałem się z prezydentem, wiedziałem już, że jego przemówienie będzie słyszalne także w Berlinie Wschodnim, jeśli będzie dobra pogoda. Spytałem więc, co chciałby powiedzieć szczególnie do mieszkańców Berlina Wschodniego. Odpowiedział: „Tam jest fragment o zburzeniu muru. O tym chciałbym powiedzieć”. Postanowiłem więc zastąpić zdanie po angielsku: „Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur”, tłumaczeniem niemieckim. Ale Tony Dolan, gdy to zobaczył, zasugerował, bym ponownie zmienił je na angielski.

Prezydent stanął pod murem berlińskim i rzucił wyzwanie Sowietom…

Wcześniej jednak musiał stoczyć walkę o te właśnie słowa. Zaprotestował bowiem Departament Stanu i wysłał swoją wersję przemówienia. Opór stawiała też Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Oryginalny tekst zdaniem dyplomatów był zbyt naiwny i wzbudzał płonne nadzieje, był zbyt prowokacyjny. Do Białego Domu trafiło siedem nowych wersji przemówienia. W każdym brakowało słów: „Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur”. Warto jednak zaznaczyć, że w zasadzie dyplomaci nie mieli nic przeciwko upadkowi muru, ale ujęli tę w myśl w bardziej złagodzonej formie: „Pewnego dnia ten mur zniknie”.  Chodziło zatem o to, by prezydent powiedział o usunięciu muru, ale nie wprost, tak żeby można było powiedzieć, że wcale o tym nie mówił. Nawet sekretarz stanu George Schultz prosił, by prezydent nie robił afrontu Gorbaczowowi. Prezydent jednak – jak wiemy – zdecydował inaczej. Opowiadano mi, że w limuzynie, jadąc wygłosić to przemówienie, powiedział do jednego ze swoich współpracowników: „Chłopcy z Departamentu Stanu mnie zabiją, ale to trzeba powiedzieć”.